Feto in Fetus – From Blessing To Violence (2018)

Mieliśmy w ostatnich kilku latach garść udanych, grindowych płyt z naszego podwórka. Pozamiatała Antigama, rozbawił do łez Zachlapany Szczypior, dała radę również Gnida, a wespół z nią Unborn Suffer, Norylsk, Nuclear Holocaust, FAM, no i też, nie zapomnijmy, pożegnalny krążek Parricide. I jeszcze kilka innych. Decydując się na wypocenie kilku zdań o nowym Feto in Fetus miałem w pamięci jednak albumy jeszcze starsze, a mianowicie ich debiut sprzed 10 lat i sequel sprzed lat pięciu. Skojarzenia mam z nimi dobre, nowy kawałek promocyjny dawał radę, toteż nie namyślałem się dłużej jak dwie sekundy, gdy pojawiła się możliwość przedpremierowego odsłuchu, biorę! No to mam, 18 kawałków, czyli średnio jakieś trzy rocznie, huehue. Ale nie jakimś naciąganą matematyką będę się tu zajmował. Jak wygląda w skrócie program tego wymiotu? Napierdalanka, minimalistyczne interludium, znowu napierdalanka i na koniec wolny i najdłuższy, bo aż czterominutowy, megaklimatyczny zamykacz. Serio, pyszny jest. Wszystko zagrane na 120%, bez robienia po krzokach, ciągły konkret, jeden za drugim, a okraszono to potężnym brzmieniem i rzecz jasna zbudowano na solidnych pomysłach. Kawałki głównie mają minutę lub dwie, więc zanim zdążycie pokiwać głową w geście uznania dla jednego utworu/riffu/patentu, to już wjeżdża kolejny i robi rozpierdol na miejscu rozpierdolu. O taki grind nic nie robiłem i dla takiego grindu warto śledzić poczynania polskich wariacików. „From Blessing To Violence” to album, który mi przygrywał, z własnego wyboru!, przed ostatnich parę tygodni, a to nie zdarza się często bym jakiś materiał tyle katował. Co więcej, to jedna z najlepszych płyt pierwszej ćwiartki tego roku, przynajmniej tak mi podpowiada moje spaczone rzeźnią poczucie estetyki. No to chlup.