Dio Returns + Ceti, Scream Maker (09.12.2017, Warszawa, Progresja)

Nie ma to jak dobre bluźnierstwo. Wkurwienie dużej ilości osób poprzez naruszenie rzeczy uważanych za nietykalne. Najfaniej doprowadza się do wściekłości ludzi wierzących w abstrakcyjne rzeczy, których obowiązuje wiele dziwnych zasad, którzy oddają cześć różnego rodzaju świętym, mesjaszom, apostołom, prorokom czy też nawet istotom pozaziemskiego pochodzenia.

Bluźnienierstwa i obrażanie religii szczególnie upodobali sobie fani metalu. Nie robią sobie z tego nic wielkiego i dość otwarcie, czy to przez muzykę czy przez elementy ubioru i zachowanie, dają temu wyraz. Wydawałoby się, że grupa, dla której pojęcie świętości jest tylko głupim wymysłem, nie będzie miała jakiegoś wspólnego mianownika, który gdyby był przedmiotem zniewagi doprowadziłby do powszechnego oburzenia i spowodowałby reakcję podobną do tej, którą widzimy u osób religijnych. A jednak!

W tym roku okazało się, że ten wspólny mianownik istnieje i są pewne rzeczy, których robić się nie powinno. Jakieś granice muszą być. Ogłoszono bowiem trasę „Dio Returns”, w trakcie której do „żywych” miał wrócić zmarły w 2010 roku Ronnie James Padavona. A wrócić miał w postaci hologramu. Już wcześniej pojawił się na niemieckim festiwalu Wacken. Wtedy ludzie jakoś to przełknęli, bo potraktowali jako ciekawostkę. Jednak ogłoszenie całej trasy to było już za dużo. Uznano to za bluźnierstwo i zachowanie mające na celu bezczelne trzepanie kasy na legendzie zmarłego wokalisty. Trasa ta zawitała także do Polski, a dokładniej do warszawskiej Progresji, i tak się złożyło, że byłem jednym ze świadków tego wydarzenia. Jako, że było to wydarzenie niezwykłe, postanowiłem podzielić się swoją relacją.

Zacznę jednak po kolei, czyli od Scream Maker. Pierwszy z dwóch supportów tego wieczoru. Zespół, który nie jest anonimowy, jeśli chodzi o polską scenę. Każdy o nim słyszał, ale mało kto słuchał. Znani są szerzej nie ze swojej twórczości muzycznej, ale z różnych historii, takich jak crowdfundingi, wywiady czy też jeden wywiad. A, no i z tego, że w byli Chinach, ja na przykład nie byłem, wiele innych osób też nie było. Ludzie znacznie częściej bywają w Hiszpanii albo Szczyrku, także taki chiński trip to nie przelewki. Z tego, że są także organizatorami memoriału Dio, już tak bardzo znani nie są. Podobnie jak ze swojej muzyki. Ja sam wcześniej niż jakikolwiek ich utwór znałem, wszystkie internetowe anegdoty z ich udziałem. Ich kawałka po raz pierwszy posłuchałem dopiero w sobotę.

I jak wrażenia? W porządku, ale nic więcej. Głowy nie urywają, ale też nie zmuszają swoim graniem do ucieczki. Chłopaki po prostu grają standardowy heavy metal, i nie wychodzą w tym poza styl. Jeśli ktoś jest fanem gatunku, nie poszczególnych kapel czy albumów, to myślę, że ich sobotni występ mógł się podobać. Na pewno nie był to jednak występ, który miałby nakłonić kogoś do odsłuchiwania całych ich płyt. Mimo szybkich i energicznych kawałków, zespół nie dawał po sobie poznać, że ta sama energia drzemie też w nich samych. Po prostu utwór po utworze doszli do końca swojego setu, grając w dość zachowawczy, bezpieczny sposób. Od strony instrumentalnej czy wokalnej nie mam nic do zarzucenia. Było słychać, że jako muzycy podchodzą do kwestii grania profesjonalnie. Jednak moim zdaniem sam występ był zbyt „wyuczony”, pozbawiony spontaniczności i nastawiony tylko na to, żeby zagrać poprawnie. Miłą niespodzianką był cover Iron Maiden (“Wasted Years”), ale swoim wykonaniem nie odstawał od reszty. Ot, niewyróżniający się heavy metalowy koncert. Do potupania nogą jak się go słucha na miejscu i do szybkiego zapomnienia jak już się skończy. Na ogromny plus zasługuje jednak zorganizowany przez skład Scream Maker ogromny banner z podpisami Dio Reunites, który zaprezentowano na sam koniec koncertu, a później przekazano na cele charytatywne.

Drugim supportem tego wieczoru było polskie CETI. Mimo, że kapela ma blisko 30 lat, to podobnie jak w przypadku Scream Maker, nie miałem jeszcze okazji widzieć zespołu Grzegorza Kupczyka i Marii Wietrzykowskiej na żywo. W przeciwieństwie do poprzedników, ich twórczość była mi zdecydowanie lepiej znana i bliższa. I tutaj znalazłem to, czego brakowało mi w trakcie koncertu Scream Maker, czyli autentycznej energii płynącej od muzyków w trakcie grania. To głównie zasługa Grzegorza i basisty – Tomka Targosza. Grzegorz nie mógł ustać w jednym miejscu i non stop przemieszczał się z jednego końca sceny na drugi, a na jego twarzy widać było radość, którą nadal daje mu występowanie na żywo. Można powiedzieć, że 35 lat doświadczenia na scenie robi swoje. Może to kwestia obycia scenicznego i niektóre zachowania są już wyuczone? Może miał łatwiejsze zadanie, bo podczas jego występu pod sceną zrobiło się już gęściej? W dodatku spora część publiczności była w podobnym wieku co wokalista. Zdaje się, że duża część starszego pokolenia fanów rocka i metalu (zarówno tych słuchających, jak i grających) zawsze miała, a często nawet i ma, więcej siły i energii niż dwa razy młodsi koledzy. Na szczęście często nie znaczy zawsze, a przykładem tego było zachowanie basisty CETI, a zalicza się on do tych “dwa razy młodszych”. Dużo ruchu na scenie, akrobacji i autentyczny uśmiech na twarzy podczas grania. Na twarzach Bartka Sadury i Marii „Marihuany” Wiertrzykowskiej, także można było dostrzec radość, ale nikt nie było w stanie pobić Grzegorza i Tomasza. To oni generowali na scenie najwięcej mocy. Perkusisty, jak to perkusisty – nie było dobrze widać – ale podejrzewam, że i Marcin „Mucek” Krystek nie płakał za garami. Zakończony zdjęciem z publicznością set CETI, przypomniał wszystkim tam obecnym, że znajdują się na koncercie heavy metalowym, a nie na hipsterskim spędzie z muzyką kojarzącą się z reklamami nowych super abonamentów na komórkę. Bardzo pozytywnie, zwłaszcza, że na żywo widziałem ich po raz pierwszy.

No i last but not least – Dio Disciples. Koncert kontrowersyjny. Koncert który od momentu ogłoszenia trasy, spotkał się z ogromną ilością negatywnych komentarzy na całym świecie. To także, w przypadku Polski, koncert historyczny, bo pierwszy z udziałem hologramu nieżyjącego wokalisty. A jeśli mnie pamięć nie myli, Ronnie James Dio jest trzecim artystą na świecie, który pojawił się w takiej postaci na scenie (wcześniej byli 2Pac i Michael Jackson). Koncert CETI się skończył, na sali zaczęło się robić coraz bardziej tłoczno. Wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na start. No i stało się! W środku stalowej konstrukcji rozstawionej na środku sceny pojawia się Ronni James Dio – we własnej, wirtualnej osobie. I jak wrażenia? Słabe. Hologram wyglądał po prostu kiepsko. Być może miałem zbyt duże oczekiwania, ale skoro promocja trasy jedzie na hologramie, no to siłą rzeczy liczę na to, że coś zrobi na mnie wizualne wrażenie. Nawet jeśli sam sposób zastosowania tej technologii mi nie odpowiada. Nie liczyłem na cuda rodem z Blade Runner 2049, sam hologram może i nie cofnął nas w czasie do modeli rodem z gier komputerowych lat 90., ale nie sądzę też, żeby komuś przeszło przez głowę Wow, the future is now.

Moim głównym zastrzeżeniem było, to że obraz wydawał się płaski. Przyjemniejsze dla oka były archiwalne zdjęcia wyświetlane na ekranach. Poza tym sama postać Dio raz była bardziej, raz mniej wyraźna (może było to zależne od kąta i odległości od sceny?). Niezwykła technologia, zapowiadana niczym wielki pokaz fajerwerków, okazała się być zimnymi ogniami odpalanymi od czasu do czasu. Drugie zastrzeżenie. Promujemy trasę tym, że dzięki niesamowitej technologii będziemy mieli okazję ujrzeć Ronniego na scenie raz jeszcze, no i widzimy go, oczywiście, ale tylko w połowie utworów. Można zapytać, ale o co mi chodzi – wcześniej narzekam, że hologram wygląda słabo, a później, że jest go mało? Po co promować koncert hologramem, a później nie pokazywać go ludziom? Gdzie w tym sens? Na szczęście oprócz nieszczęsnego hologramu na scenie byli też ludzie istniejący w naszym wymiarze. No i to tym ludziom należą się podziękowania, bo zaprezentowali się z bardzo dobrej strony. Mieliśmy okazję usłyszeć utwory z repertuaru zarówno Dio, Black Sabbath jak i Rainbow. Należy pamiętać, że Simon Wright, Craig Goldy i Scott Warren to muzycy, którzy grali z Ronniem, poza tym dwóch wokalistów, którzy swoimi głosami wspomagali ten koncert to Oni Logan z Lynch Mob i Tim „Ripper” Owens, znany z Iced Earth czy też Judas Priest, a także z grupy Yngwie Malmsteena, podobnie z resztą Bjorn Englan. Czyli mamy sześciu doświadczonych muzyków, którzy na scenie odwalają kawał dobrej roboty. Niestety ze względu na zamieszanie spowodowane obecnością hologramu sam koncert spotyka się z negatywnym odbiorem, który spycha muzykę na drugi plan. Wkład “fizycznych muzyków” w tę trasę zostaje umniejszony na rzecz firmy odpowiedzialnej za hologram, który w ostatecznym rozrachunku przyniósł całemu przedsięwzięciu więcej szkód niż pożytku.

Podsumowując. Koncert był dobry, fajnie było posłuchać kawałków Dio granych, przynajmniej części z nich, na żywo. Nie było to co prawda wydarzenie na skalę niedawnego koncertu Helloween (który był wręcz niesamowity), ale dla fanów heavy metalu na pewno był to udany wieczór. Nie jestem i nie będę zwolennikiem używania hologramów tak, jak zostało to zrobione w przypadku „Dio Returns”, ale skoro obecnie wiele zespołów stosuje na scenie elementy widowiskowe, pokazy laserowe czy pirotechnikę, to technologia ta pewnie będzie miała w przyszłości duże zastosowanie. Jestem też w stanie wyobrazić sobie oglądanie w przyszłości wydawnictw w 3D przygotowywanych przez zespoły, które później były by do obejrzenia w kinach tak jak „Day of the Gusano” Slipknota czy „The End Of The End” Black Sabbath. Inna sprawa, że na rok 2019 już zapowiedziana jest trasa ABBY, która też ma być oparta o hologramy. Frekwencja na koncercie była większa niż się spodziewałem, ale nie tak duża, na jaką ten koncert zasługiwał. Progresja nie była wypełniona nawet w połowie. Myślę, że zdecydowanie lepiej dla całego wydarzenia, jak i trasy miałoby miejsce zorganizowanie standardowej trasy „Tribute to Dio”. Bez względu na to jakie były intencje Wendy Dio, ostatecznie ludzie i tak zinterpretowali to po swojemu i dali wyraz swojemu niezadowoleniu. Sama technologia jak na ten moment nie robi jeszcze wrażenia, ale ma w sobie potencjał.

Mimo to, ludzie którzy uczestniczyli w warszawskim koncercie, bawili się dobrze. Miło było słyszeć jak skandują „Dio, Dio, Dio” czy też śpiewają “Holy Diver” albo “Rainbow in the Dark”. Udowodnili, że Dio nie odszedł w niepamięć, tylko cały czas jest obecny dzięki muzyce, którą tworzył za życia. Żadne „przywracanie” do życia za pomocą nowoczesnej technologii nie jest do tego potrzebne.