Dimmu Borgir – Eonian (2018)

Nigdy nie należałam do wielkich zwolenników Dimmu Borgir, przyznaję. Miałam kilka ulubionych kompozycji, takich jak choćby „Mourning Palace”, „Entrance”, czy „Gateways”. Nie brałam udziału w licytacjach typu, czy Dimmu bez Vortex’a jest lepsze, czy gorsze. Uznawałam jednak fakt, że zespół ten był ikoną lat 90. i przyczynił się do stworzenia symfonicznego odłamu black metalu. Zamieszanie wokół Dimmu Borgir w ostatnim czasie narastało. Zespół, zdaje się, popadł w jakiś rodzaj artystycznej niemocy. Wierni fani odliczali kolejne lata bez nowego albumu, a hejterzy dostawali kolejny argument za tym, że Shagrath powinien odpuścić sobie kontynuację działalności pod szyldem Dimmu Borgir. Grupa jednak postanowiła po ośmiu latach pokazać muzycznemu światu, że chce jeszcze nagrywać. W maju swoją premierę ma „Eonian”.

Jako, że „trudnie się” w melodyjnych klimatach, nowy materiał Dimmu Borgir trafił właśnie w moje ręce. Chętnie go przyjęłam, bowiem łatwiej mi zachować chłodne, obiektywne podejście do ich muzyki. Postanowiłam, że nie będę się bawić w porównania do poprzednich wydawnictw, bo po tak długim czasie od wydania ostatniego albumu, trudno oczekiwać, by nowy materiał był jakąś kontynuacją tego, co fani Dimmu Borgir dobrze znają. Dowiedziawszy się, kto w przypadku nowej płyty odpowiada za orkiestracje, mogłam mieć pewność, że „Eonian” w tej warstwie może nie jednego zaskoczyć. Francesco Ferrini, bo ten pan właśnie jest autorem tej melodyjnej część płyty, to doskonale znany klawiszowiec (choć to za skromnie ujęte określenie) włoskich symfonicznych metallersów Fleshgod Apocalypse. Jako, że dokonania tego pana znam dobrze i nie ukrywam, że bardzo lubię, spodziewałam się, że może być patetycznie.

Już po pierwszym odsłuchu „Eonian” miałam dość dobre wrażenia. Płyta spójna, „nie przytłaczająca”, niedługa, dobrze zmiksowana. Kompozycje są dość zróżnicowane, ogólnie co pierwsze rzuciło mi się w uszy, to sporo partii chóru, dosyć mało wokalu Shagrath’a, zwłaszcza w pierwszej połowie albumu. Orkiestracji jest dużo, jednak są wysmakowane i w odpowiednich miejscach. Wiele tu zmian rytmu i generalnie wolnego tempa, co właściwie całkowicie oddala muzykę „Eonian” od blackowej gonitwy, którą znamy z poprzednich wydawnictw Dimmu Borgir. Płyta jest bardzo melodyjna, miejscami bliżej jej do symfo-death’u, czy nawet symfo-gothic metalu (!). Pierwsza połowa albumu to ukłon w stronę, nazwałabym to, Dimmu Borgir Anno Domini 2018, natomiast drugą połowę można uznać za (pewien) ukłon w stronę starszych dokonań (choć nie do końca). Jeśli chodzi o ogólne brzmienie, od pierwszych chwil słychać, że podbito sekcję rytmiczną, dzięki temu wspomniane orkiestracje „nie narzucają się” słuchaczowi, poza tym udało się zachować fajną przestrzeń. Album brzmi nowocześnie, a pewne nawiązania do tradycji zespołu wypadają tu dość naturalnie. Jak wspomniałam, płyta „dzieli” mi się delikatnie na pół. To mniej więcej od szóstej kompozycji słychać pewne nawiązania do blackowej tradycji DB. Orkiestracje i chóry schodzą jakby na drugi plan, a zastępują je „analogiczne” klawisze. Wsłuchując się w poszczególne utwory, mam również pewne skojarzenia z innymi zespołami, takimi jak Satyricon, Behemoth, Therion, czy Mortemia. Dzieje się tu jak widać sporo, ale chyba muzykom właśnie o to chodziło. Jeśli chodzi o kompozycje, do moich faworytów należą „Lightbringer”, „I Am Sovereign”, „Alpha Aeon Omega” i ostatni na płycie „Rite Of Passage”. Są to właśnie te utwory, w których odnaleźć można najwięcej nawiązań do klasycznego symfonicznego black metalu. Za to nie przypadły mi do gustu kompozycje wybrane przez zespół do promocji albumu, czyli „Interdimensional Summit” i „Council of Wolves and Snakes”. Odnoszę jednak wrażenie, że zespół właśnie w tych dwóch utworach definiuje swój dzisiejszy styl (w końcu wybrał je do klipów). Myślę, że ktoś, kto słyszał tylko te dwa numery, może popaść w pewną konsternację. Zapewniam jednak tych zawiedzionych, że zapach starego Dimmu odnajdą w utworach, które wymieniłam na początku.

„Eonian” raczej nie kupią zatwardziali (starzy) fani Dimmu Borgir. Dla nich ta płyta będzie za łagodna, za melodyjna, za „delikatna”. Bez wątpienia taki efekt na niej uzyskano. Tych, którzy poszukują surowizny, raczej zamulą epickie orkiestracje i partie chórów, choć pierwsza połowa albumu powinna być bardziej do przejścia. Jakby tego było mało, to wszystko zostało tu wysunięte do przodu, jednak w umiejętny sposób, pozostawiając cały czas fajną przestrzeń. Jeśli o mnie chodzi, ja nie narzekam. Na co dzień lubię i słucham dużo symfonicznego metalu i symfo gothic metalu, więc dla mnie materiał jest przyjemny. Na pewno zyskał w miarę kolejnych przesłuchań. Tym, którzy przedwcześnie „ocenili” muzykę zawartą na „Eonian”, polecam bezwzględnie poczekać na resztę utworów. Myślę, że warto. I myślę, że płyta może ich w kilku miejscach zaskoczyć…