CZAD FESTIWAL 2017 (Straszęcin, 25.08.2017)

Nie zawsze sprawy potoczą się tak jakby się chciało. A już raz tak w związku z Czad Festiwalem miałam. Peszek jakiś? Mam nadzieję, że nie. Zaplanowałam w tym roku dwa dni festiwalowe, piątek i sobotę, a zaliczyłam ostatecznie tylko piątek. Infekcja. Niestety. Już w mój pierwszy dzień nie czułam się najlepiej, obawiałam się, jak pociągnę wywiady, które sobie zaaranżowałam, no ale ten drugi niestety odpadł. Może przy następnej okazji…

O Czad Festiwal już co nieco powinniście wiedzieć, na łamach Limiter bowiem pojawiły się już dwie relacje z tego wydarzenia, jedna z 2015, a druga z 2016 roku. Czad Festiwal odbywa się od kilku lat na terenie Straszęcina, niedaleko Dębicy (podkarpackie). Kiedy myślę o tej imprezie, to mam takie wrażenie, że jest to taka mini wersja Woodstock’a (naprawdę mini). Tyle, że płatna, i to dość sporo płatna. Średnia wieku festiwalowiczów oscyluje gdzieś około 20-go roku życia. Nieco „hipisowki” klimat, wielkie pole namiotowe i rozległy obszar. Na tym obszarze kilka scen. W tym roku koncerty odbywały się na scenie głównej, na małej scenie oraz w tzw. namiocie, który swoją drogą, bardzo mi się spodobał. Wszystko tam jest. Nie umrzesz z głodu i pragnienia, cała masa wszelkiej maści stoisk z jedzeniem i piciem oraz inne atrakcje, jak np. „cicha scena” – zakładasz w nocy słuchawki i bawisz się przy muzyce, której nikt dookoła nie słyszy. Generalnie niczego tam nie brakuje, poza najważniejszym. Poza publicznością. Według szacunków w tym roku było znacznie mniej ludzi niż w poprzednim. Na to cierpi ta impreza. Powód tego upatrywany jest w cenach karnetów, no i rzeczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić. Ale to temat na trochę inną dyskusję.

Kiedy dowiedziałam się, że w piątek w Straszęcinie zagra Epica, wiedziałam, że chcę być na tym koncercie. Nigdy nie byłam i w sumie dalej nie jestem jakimś zapaleńcem jeśli chodzi o nich, ale lubię ich oglądać na żywo. To jeden z tych zespołów, który zyskuje na koncertach. Energia, ogień, i muzycznie wszystko się zgadza. Mają parę numerów, które naprawdę lubię, zwłaszcza te z przedostatniego albumu, który uważam za wybitne dzieło nowoczesnego symfonicznego metalu. Epica niestety została ustawiona na godzinę 17-nastą, a ich koncert miał trwać tylko godzinę. Tego dnia na głównej scenie zagrały także Blind Guardian oraz na zakończenie Amerykanie z The Offspring (drugi raz na Czad Festiwal). Te punkty były dla mnie najważniejsze, całą resztę, powiedzmy, trochę sobie odpuściłam. Przed koncertem Epiki czas upłynął mi na oczekiwaniu na wywiad z Simone.

Pomysł na wywiad z Simone Simons, wokalistką Epiki, narodził się od razu, kiedy dowiedziałam się o koncercie. Dwa lata temu miałam okazję robić wywiad z Markie’m Jansen’em – głównodowodzącym, a teraz miałam ochotę zapytać o kilka kwestii właśnie Simone. Nie ukrywam, że jest ona jedną z nielicznych wokalistek, które lubię i szanuję. Oprócz wiadomych, umiejętności wokalnych, podoba mi się jej styl, klasa oraz sposób bycia. Większość wywiadów z muzykami, które przeprowadziłam w swoim życiu, to był przemyślany wybór. Pewnie na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć te, które „dostałam odgórnie”. Zwykle na rozmówców wybieram artystów, którzy w jakiś sposób mnie pociągają i inspirują lub po prostu wzbudzają moje zainteresowanie. Zwykle również po to umawiam się na rozmowy, by dowiedzieć się tego, co sama chcę wiedzieć, rzadko zadaję „uniwersalne” pytania. Zawsze zależy mi na tym, by moje wywiady były w jakiś sposób oryginalne i niepodobne do innych. Mam nadzieję, że mi to wychodzi… Od Simone chciałam dowiedzieć się kilku rzeczy.

Kiedy zmierzałam na backstage, akurat zespół dojeżdżał na plac, zatem moje oczekiwanie nie było długie. Przede mną była jeszcze jedna dziewczyna, także zainteresowania mediów zespołem nie było, ku mojemu zdziwieniu. Pamiętam, dla przykładu, Within Temptation w 2015, kiedy mieliśmy zorganizowaną konferencję prasową i było wielu dziennikarzy, zresztą w tamtym roku Nightwish również udzielał kilku wywiadów. No, ale może to przez to, że generalnie przedstawicieli mediów było w tym roku mało. Kiedy przyszła moja kolej, grzecznie do Simone zaprowadził mnie ich tour manager (zresztą bardzo sympatyczny). Simone już czekała uśmiechnięta. Nie będę się tu rozpisywać na temat naszej rozmowy – niebawem wrzucę swój wywiad. Mogę tylko powiedzieć, że będzie to materiał video, także chyba podwójna gratka dla fanów. Sprawdzajcie zatem Limitera, ale przede wszystkim mój kanał you tube. Mogę tylko powiedzieć, że wywiad udał się znakomicie, Simone to bardzo miła, spokojna osoba. Jestem bardzo zadowolona ze spotkania.

O 17-nastej trzeba było się już ustawiać pod sceną, bo Epica rozpoczynała swój godzinny set. Kiedy myślisz sobie o godzinie koncertu, to zadajesz sobie pytanie, co przez tą godzinę się tam zmieści. Jeszcze w przypadku takiego bandu jak Epica, gdzie utwory są dość długie, to ciężko nie mieć niedosytu. Ale jakoś się okazało, że koncert wcale nie przeleciał zbyt szybko. Tak jak oczekiwałam, było zawodowo. Jak wspomniałam na początku, bardzo lubię ich na żywo, dużo bardziej niż na płytach. Zyskują wiele, w mojej opinii. To jest taki typowo sceniczny zespół, energia ich rozpiera, muzycy biegają bo całej scenie i wskakują na podwyższenia. Robią fajne show. Ja to lubię. Uważam, że to, co robią na scenie, fajnie współgra z ich muzyką. Całej ekipie przewodzi piękna Simone, od której ciężko oderwać wzrok. Zespół miał świetny kontakt z publicznością, której fakt, mogło być więcej pod sceną, nie mniej ci, którzy byli bawili się bardzo dobrze i robili dokładnie to, co kazał im Mark. A setlista? Można powiedzieć, że same hity, oprócz oczywiście kawałków z ostatniej płyty, którą zespół cały czas promuje. A więc, usłyszeliśmy „Eidola”, „Edge of the Blade”, „A Phantasmic Parade”, „The Essence of Silence”, „Ascension – Dream State Armageddon”, „Unchain Utopia”, „Cry for the Moon”, „Sancta Terra”, „Beyond the Matrix” i na koniec „Consign to Oblivion”.

« 1 z 2 »

Po koncercie Epiki poszłam nieco odpocząć, aby znów pojawić się pod sceną na Blind Guardian. Przyznaję, nie znam muzyki tego zespołu i nie leży ona w obszarze moich zainteresowań, ale oczywiście z ciekawości obejrzałam, a właściwie wysłuchałam większą część koncertu Niemców. Ta legendarna grupa ma w Polsce pokaźną rzeszę fanów, co było stanowczo dostrzegalne pod sceną. Świetny odbiór przez publiczność, żywo reagującą na każde zawołanie Hansie’go. Myślę, że fani nie mogli być tego wieczoru zawiedzeni. Na setliście pojawiły się „The Ninth Wave”, „Welcome to Dying”, „Nightfall”, „Imaginations from the Other Side”, „I’m Alive”, „A Past and Future Secret”, „The Script for My Requiem”, „Mordred’s Song”, „Born in a Mourning Hall”, „Bright Eyes”, „Another Holy War”, „And the Story Ends”, „Valhalla”, „The Bard’s Song – In the Forest” i „Mirror Mirror”.

Gdyby ktoś na początku ubiegłej dekady powiedział mi, że kiedyś zobaczę na żywo The Offspring, to pewnie bym nie uwierzyła. Tak, tak, ja też miałam epizod ze słuchaniem tego punk rockowego bandu. Ba, mam gdzieś jeszcze kasetę – kultowa „Americana” z 1998 roku. Kto nie pamięta tych kawałków, które wówczas leciały w MTV, czy na Viva Zwei. To był okres kiedy siedziałam w amerykańskim rocku wszelkiej maści. Zatem nie ukrywam, że moment, w którym weszłam do fosy na zdjęcia i stanęłam naprzeciwko Dexter’a Holland’a, utkwi mi na długo w pamięci, bo wątpię bym jeszcze kiedykolwiek miała okazję zobaczyć ich na żywo. Niezły powrót do przeszłości. Koncert pierwsza klasa. Muszę przyznać, że Dexter niewiele się zmienił, oczywiście nieco się postarzał i przytył, ale tak poza tym… i wokal ten sam. Koncert bardzo mi się podobał. Poleciały wszystkie przeboje, w tym „You’re Gonna Go Far”, „Kid, All I Want”, „Come Out and Play”, „(Can’t Get My) Head Around You”, „Seven Nation Army”, „Original Prankster”, „Have You Ever”, „Staring at the Sun”, „Bad Habit”, „Gotta Get Away”, „Hit That”, „Kristy, Are You Doing Okay?”, „Why Don’t You Get a Job?”, „Genocide”, „Want You Bad”, „Pretty Fly (For a White Guy)”, „The Kids Aren’t Alright” i na bisy „Americana” i „Self Esteem”.

Mimo, że moje samopoczucie było coraz gorsze, miałam cały czas nadzieję na sobotę, niestety przegrałam i musiałam zostać w domu. Zatem tegoroczny Czad Festiwal stanął dla mnie pod znakiem piątku. Biorąc pod uwagę moje muzyczne upodobania, to oczywiście koncert Epiki był dla mnie tym najważniejszym, także warto było przyjechać nawet tylko dla nich, do tego miłe spotkanie z Simone i chłopakami. Na koniec jeszcze akcent wspominkowy dla mnie w postaci The Offspring. Czad Festiwal, podobnie jak w kilku ubiegłych latach zakończył mój sezon festiwalowy. Już jestem ciekawa, na jakie zespoły postawią organizatorzy w przyszłym roku. Na sam koniec, słowo ode mnie, jak można by było ulepszyć tę imprezę…? Na pewno należałoby obniżyć ceny biletów oraz skrócić ją np. do trzech dni, tak aby w ciągu dnia było więcej zespołów i koncertów. Potencjał ta impreza ma, ale bez wątpienia trzeba wyjść bardziej naprzeciw wymaganiom uczestników…

M. Darocha, Baks