Czad Festiwal 2016 (Straszęcin, 25-28.08.2016)

Dopiero drugi rok z rzędu gościłam w Straszęcinie na Czad Festiwal. Zeszłoroczną edycję wspominam bardzo mile, choć dane mi było być tam tylko jeden dzień. Wtedy pozytywne wrażenie zrobiło na mnie przed wszystkim miejsce, piękna okolica i całe towarzyszące festiwalowi zaplecze. W tym roku nieco bardziej skupiona byłam na tym, co na scenie, jednak muszę przyznać, że impreza pod względem tego właśnie „zaplecza” jeszcze bardziej się powiększyła. Wiele atrakcji czekało na tegorocznych festiwalowiczów. Z tych, które zwróciły moją uwagę szczególnie była „niema dyskoteka”, czy kino plenerowe. Poza tym, cała masa przeróżnych budek z jedzeniem, a nawet stoisko, na którym uczono piec chleb (!). Większe zaplecze, a jak z frekwencją? Nie znam oficjalnych statystyk, ale miałam wrażenie, że w tej kwestii niewiele się zmieniło. Czyli nadal mało, za mało. Szkoda, bo impreza ma potencjał, jednak warto by było skuteczniej popracować nad promocją festiwalu, tak, by stoisk z jedzeniem i piciem nie było „więcej” niż publiczności.

Nie będę ukrywać, że głównym powodem, dla którego pojawiłam się w Straszęcinie, był Nightwish. Można mi wierzyć, lub nie, ale do tej pory nie byłam na koncercie zespołu, na którym się wychowywałam. Oczywiście było to spowodowane tym, że po odejściu Tarji w 2005 roku, po prostu przestałam interesować się tą kapelą. Nie będę ukrywać, że ani Anette Olzon, ani Floor Jansen nie przekonały mnie do siebie, jako wokalistki tego zespołu. Moja znajomość płyt, które wyszły po „Once” ograniczała się głównie do singli, które promowały poszczególne wydawnictwa. Może jedynie „Imaginerium” przesłuchałam bardziej wnikliwie, jednak nie było to już to samo, co kiedyś. Nie zmienia to faktu, że jeśli tak blisko Twojego domu gra Nightwish, nie masz wyjścia, po prostu musisz się pojawić na tym koncercie. Zaplanowałam sobie do tego wywiad, no bo przecież trzeba się spotkać i poznać.

Festiwal rozpoczął się dla mnie zatem w piątek. Pogoda nie odpuszczała i w wielkim skwarze, około godziny siedemnastej pojawił się na scenie fiński Ensiferum. Bardzo pobieżnie znam twórczość tego zespołu, i mimo, że nie znoszę folk metalu, to akurat Ensiferum należy do tych nielicznych zespołów, które wplatają dużo innych elementów do swojej muzyki. Na scenie Czad Festiwal zaprezentowali się zawodowo. Widać, że sporo osób przyjechało również na nich. Koncert na tyle mi się spodobał, że z uwagą pozostałam do samego końca. Po występie Ensiferum udałam się na mały odpoczynek, poza tym trzeba było się przygotować (głównie metalnie ;)) do wywiadu, który miałam zaplanowany na około dziewiętnastą. Okazało się, że tylko trzy redakcje były zainteresowane rozmową z Nightwish. Niestety dostaliśmy bardzo mało czasu, bo tylko dziesięć minut i do tego wywiad miałam przeprowadzić wspólnie z osobą z innego serwisu. No ale cóż, takie uroki festiwali, trzeba się dostosować.

Po niedługim odpoczynku i po przejściu dookoła terenu festiwalowego pojawiłam się oczekując na wywiad. Zostaliśmy zaprowadzeni na backstage i na miejscu okazało się, że lokalna telewizja dostała jako rozmówców Tuomas’a i Floor, ja (wraz z chłopakiem z Death Magnetic.pl) z kolei Marco. Ten niesamowity basista i wokalista przywitał nas szerokim uśmiechem. Wyglądał na bardzo wyluzowanego i zadowolonego, po krótkiej wyminie uprzejmości przystąpiliśmy do zadawania pytań. Nie będę się w tym miejscu rozpisywać na temat tego, o czym rozmawialiśmy, odsyłam od razu do publikacji, która pojawi się na łamach Limiter już niebawem. Jedno, co mogę powiedzieć, to, że bardzo, ale to bardzo zaskoczył mnie swoim luzem i bezpośredniością, a także poczuciem humoru. To była krótka, ale naprawdę świetna rozmowa. Zapamiętam ją na długo. Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Wychodząc, bardzo zależało nam spotkaniu się z resztą kapeli. Wykorzystaliśmy moment, kiedy zaraz po nas przybyła na miejsce grupa fanów reprezentująca oficjalny polski fan club Nightwish, Ocean Souls. Z racji tego, że już wcześniej rozmawiałam z dwiema sympatycznymi dziewczynami z OS, bez żadnych problemów pozwoliły nam uczestniczyć wraz z nimi w spotkaniu z zespołem. Po krótkiej chwili pojawili się wszyscy. Byłam naprawdę zaskoczona, bo różnych muzyków spotykałam w swoim życiu, i jedno co muszę potwierdzić, to fakt, że im większa gwiazda, tym nazwijmy to „normalniejsza”. Powtarzałam to kilkakrotnie, naprawdę zaskoczyli mnie bardzo, bardzo pozytywnie. Nie ukrywam, że kiedy zobaczyłam (zwłaszcza) Tuomas’a, byłam nieco wzruszona. Jak wspomniałam na początku, można powiedzieć, wychowywałam się na muzyce Nightwish, i kompozycje tego genialnego człowieka towarzyszyły mi przez wiele lat mojego młodego życia. Spotkaniu towarzyszyła bardzo miła atmosfera, wszyscy chętnie pozowali do zdjęć i rozmawiali z fanami. Fan club wręczył zespołowi piękny, własnoręcznie zrobiony album i flagę z wieloma podpisami, które zbierano tego dnia we wczesnych godzinach popołudniowych. Zespół był naprawdę wzruszony i zaciekawiony. Na pamiątkę pozostają mi zdjęcia, jeszcze długo nie zapomnę tego spotkania. Mam nadzieję, do następnego.

Potem chwila na „regenerację” i oczekiwałam najważniejszego, czyli mojego pierwszego koncertu Nightwish. Nie ukrywam faktu, że nie przepadam za Floor jako wokalistką NW i generalnie jako wokalistką i osobą (robiłam z nią kiedyś wywiad), ale nie miałam wyjścia. Trzeba było sobie wyobrazić Tarję i przenieść się w myślach do początku ubiegłej dekady. Dawno chyba nie byłam tak skupiona na koncercie, jak wtedy. I do tej pory nie mogę pozbyć się wrażenia, które towarzyszyło mi przez cały ich występ. Chyba pierwszy raz tak miałam, że wydawało mi się, że oglądam go na Youtube. Sama nie wiem dlaczego. Poza tym, przyznaję, wzruszyłam się w kilku momentach do tego stopnia, że miałam przysłowiowe ciarki na plecach i łzy w oczach. Tak właśnie muzyka działa na osobę, która nią żyje. To było coś więcej niż koncert, to było show. Choć i tak w nieco okrojonej wersji, czyli bez fajerwerków, ale za to z wprost pięknymi wizualizacjami w tle. Razem z muzyką wyglądało to cudownie. Nightwish to maszyna, po prostu. Była to taka wycieczka w bajeczny, czy jak kto woli fantasy świat wykreowany przez Tuomasa. Nawet jakoś tę Floor „przełknęłam”, choć w takim „Ever Dream” już było trudniej. Z kolei w moim ukochanym „Ghost Love Score” nawet dała radę. Generalnie setlista oscylowała wokół nowych utworów, rzecz w sumie oczywista, bo koncert wpisywał się w trasę promującą ostatnie wydawnictwo. Nie dziwi mnie w sumie również fakt, że NW powoli odchodzi od grania starych utworów, raz, że od czasów Tarji wiele zostało zagrane, z drugiej strony „nie leżą” owe kompozycje dobrze Floor. Dla mnie na pewno za mało było tych starych kawałków, ale cóż, tamte czasy już nie wrócą. Jak wspomniałam, koncert zawodowy, choć czytałam potem opinie ludzi, którzy twierdzili, że zagrany trochę na „pół gwizdka”. Ja się na pewno z tymi opiniami nie zgadzam. Doskonały kontakt z publicznością, dokładnie taki sam, jak z nami przed koncertem. Bajkowa podróż z Nightwish zakończyła się bez bisa, tak podobno na tych ostatnich koncertach jest. Czy pojawię się jeszcze kiedyś na koncercie Nightwish? Być może tak, chyba jednak przy okazji. To był dla mnie ważny koncert, ale chyba ważniejsze było to, co przed. Na zawsze pozostanie w pamięci.

Wraz z końcem koncertu Nightwish, zakończył się dla mnie piątek na Czad Festiwal. Sobota stała pod znakiem Avantasii. Choć jakimś szczególnym fanem tego projektu nie jestem, chciałam wysłuchać ich na żywo, biorąc pod uwagę fakt, że na scenie zaprezentuje się tak wielu znamienitych heavy metalowych muzyków. Pod sceną pojawiłam się tego dnia wraz z występem Anglików z NeonFly. Już wcześniej zapoznałam się z ich twórczością w internecie, wiedziałam, że grają solidny hard rock i będzie czego posłuchać. Na ich koncert wpadłam nieco spóźniona, jednak nie przeszkodziło to usłyszeć kilku fajnych rasowych kawałków oraz małego pokazu „z ogniem” jednego z muzyków grupy. Sympatyczni Anglicy, widać było, bardzo przyłożyli się do swojego występu w Polsce, na płotach wokół terenu festiwalowego porozwieszali nawet swoje plakaty. Publiczność, mimo, że jeszcze niezbyt licznie zgromadzona, odwdzięczyła się im tym samym. Wieczorkiem, na chwilę, wpadłam na małą scenę, żeby zobaczyć Lipali. Dobry rockowy gig, ale to oczywiste, gdy na scenie stoi Tomek Lipnicki. Potem oczekiwałam już najważniejszej dla mnie tego dnia Avantasii.

Choć tak jak już pisałam, do znawców tego projektu muzycznego nie należę, jednak chciałam skorzystać z okazji zobaczenia ich na Czad Festiwal. Nie zawiodłam się oczywiście. Można na co dzień nie być fanem heavy metalu, jednak posłuchać Avantasii na żywo to prawdziwa muzyczna uczta dla ucha. Charyzmatyczny Tobias Sammet potrafi nie tylko genialnie śpiewać, ale to prawdziwy mistrz zabawiania publiczności i opowiadania całkiem dowcipnych anegdotek. Tak właśnie porwał wszystkich tego sobotniego wieczoru. Na scenie pojawiali się kolejni udzielający się w projekcie wokaliści, których bardzo dokładnie przedstawiał Tobias. Była to pierwsza wizyta Avantasii w Polsce, więc od razu dało się poczuć wyjątkowy klimat stworzony przez fanów pod sceną. Set był bardzo długi, był to taki „niekończący” się koncert. Dodać należy, że był to ostatni tegoroczny występ Avantasii. Jak przyznał Sammet, możliwe, że w ogóle ostatni, więc tym bardziej każdy, kto uczestniczył w tym koncercie, może czuć się w jakiś sposób wyróżniony. Dla mnie najjaśniejszym punktem wieczoru była kompozycja „Scarecrow”. Niesamowite wokale, niezapomniane solówki, doskonałe show, tak najkrócej można podsumować ten koncert.

Po występie Avantasii, zostałam jeszcze na chwilę na koncercie legendarnego The Exploited. Chyba jest to pierwszy koncert, na temat którego nie będę się wysilać, by coś napisać. Nie znam się na punk rocku, i tyle. Po trzecim kawałku odpuściłam sobie i udałam się w drogę powrotną do domu. Z tego, co czytałam potem, podobno było małe zamieszanie w związku z grupą, bowiem zespół wpuścił na scenę fanów, których ochrona potraktowała „niedelikatnie”, a do tego koncert został przerwany. Swoje niezadowolenie muzycy okazali na swojej oficjalnej stronie na Facebook’u.

Niedzielę na Czad Festiwal musiałam sobie odpuścić. Wiem, że Sabaton zgromadził (jak zwykle) wielu fanów pod sceną. Oglądałam filmiki, na ich koncertach w Polsce jest zawsze identycznie. Polska armia Sabaton jest przeogromna. Co do samego festiwalu, jest jeszcze cała masa rzeczy, nad którymi organizatorzy muszą popracować. Teoretycznie mają jeszcze czas, to była dopiero czwarta edycja imprezy. Być może z czasem się rozkręci. Na pewno powinien zostać podtrzymany kierunek, jeśli chodzi od dobór kapel. Dobrze, że stawia się na duże gwiazdy, to zawsze przyciąga. Z drugiej jednak strony, warto by było znaleźć inne źródła finansowania, w postaci większej ilości sponsorów, dzięki temu bilety byłyby tańsze, bowiem ceny nie były adekwatne do ilości kapel, bo do jakości już prędzej. No, a tak przede wszystkim nie zapominać, że ma to być jednak festiwal muzyczny, i może aż tylu „atrakcji pozamuzycznych” nie trzeba. Generalnie jednak, podtrzymuję swoją opinię i kibicuję tej imprezie. Myślę, że w przyszłym roku też się tu pojawię.