Cradle Of Filth, Moonspell (Kraków, Kwadrat, 23.01.2018)

Portugalczycy z Moonspell i brytyjska formacja Cradle Of Filth to zespoły, które w ramach europejskiej trasy wystąpiły w Polsce na trzech koncertach. Ja wybrałem ten w Krakowie, który na kilka dni przed został wyprzedany do ostatniego miejsca.

Moonspell w ubiegłym roku obchodził dwudziestopięciolecie działalności, jeśli przyjąć pod uwagę rok, w którym ta nazwa się pojawiła, bo wcześniej działali jako Morbid God. Grupa już kilka razy odwiedzała nasz kraj i chyba zawsze pozostawiała po sobie dobre wrażenie. Dla mnie był to, jeśli dobrze pamiętam, trzeci raz, gdy widziałem ich w akcji. Portugalski zespół pojawił się na scenie o 19.00 i pozostał na niej przez sześćdziesiąt minut. W programie koncertu znalazły się przede wszystkim utwory z najnowszej płyty. Zaśpiewany w całości w języku ojczystym zespołu album „1775”, bo tak brzmi jego tytuł, jest poświęcony tragedii, jaka miała miejsce w 1775 roku. Mowa o trzęsieniu ziemi, tsunami, wielkich pożarach i ogromnej liczbie ofiar w Lizbonie. Jeśli ktoś jest fanem nowej płyty, to nie mógł być rozczarowany tym występem. „1775” prezentowało aż siedem kompozycji. Cały koncert to jedenaście utworów. Świetny był już sam początek, gdy na scenie pojawił się Fernando, trzymający w dłoni lampion i pewnym, mocnym głosem zaśpiewał w „Em Nome Do Medo”. Charyzmatyczny typ, znakomicie nawiązujący kontakt z publicznością, w czasie występu sięgał po różne rekwizyty (krzyż, maska, którą nosili lekarze w czasach epidemii dżumy, wspomniany lampion…). Nowy materiał bardzo dobrze sprawdza się na żywo, ale słuchacze zawsze najgoręcej przyjmują te klasyczne utwory. I gdy z głośników popłynęły dźwięki „Opium” i zagranych na zakończenie „Alma Mater” i „Full Moon Madness”, ludzie zwariowali ze szczęścia. Stojąca obok młoda dama prawie mnie znokautowała, ale w sumie się nie dziwię, bo sam słysząc te nuty, postanowiłem porzucić na chwilę wizerunek starszego i dobrze ułożonego pana i oddałem się najprawdziwszemu szaleństwu. To znaczy, że tupałem nóżką do rytmu. Atmosfera udzieliła się wokaliście zespołu, który zeskoczył ze sceny, by być jak najbliżej fanów w pierwszych rzędach. Całość bardzo dobrze zabrzmiała. Przemówiła do mnie zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Postanowiłem, że nie opuszczę miejsca na balkonie, bo jest mi tam dobrze, ale nie do końca miałem rację…

Zdjęcia: Marcin Fiń

Po półgodzinnej przerwie, w czasie której techniczni przygotowali scenę na występ gwiazdy, a publiczność sięgała m.in. po staropolskie rymowanki, w stylu: „Kurwa mać, ile mamy stać?”, z głośników popłynęło intro „Ave Satani”, a na deskach zameldowali się muzycy Cradle Of Filth. Był to chyba pierwszy metalowy koncert, na jakim byłem, na którym perkusja była ustawiona za ekranem akustycznym. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej widział takie rozwiązanie (cały czas mówię o muzyce metalowej), ale jeśli pomaga to muzykom na scenie, to trudno się o to jakoś szczególnie spierać. W odróżnieniu od portugalskiej formacji grupa Cradle Of Filth, choć też promowała nową płytę, postawiła na bardziej zróżnicowany repertuar. Ale należy zaznaczyć, że mieli na to wszystko o wiele więcej czasu. Z ostatniego albumu usłyszeliśmy „tylko” trzy kompozycje. Chwalebną przeszłość grupy prezentowały też trzy utwory: „Beneath the Howling Stars”, „Bathory Aria” i „Dusk and Her Embrace”. Warto wspomnieć, że Dani Filth zapowiedział nową wersję albumu „Cruelty and the Beast”, która ma ukazać się w drugiej połowie tego roku. Nowy mastering, nowy miks, pewnie kilka innych dodatków… Wyżej zasugerowałem, że miejsce na balkonie nie do końca się sprawdziło w przypadku występu głównej gwiazdy… Miałem na myśli nagłośnienie. W miejscu, w którym stałem, słyszałem przede wszystkim zbyt mocno wyeksponowane głosy Filtha (trzeba jednak przyznać, że chłop jest w formie!) i Lindsay, partie gitar momentami zamieniały się w zwykły szum, basu raczej nie słyszałem. O ile wolniejsze fragmenty były OK, to przy szybszych nie dało się tego słuchać. Po kilku utworach zamieniłem luksus oglądania na w miarę dobry luksus słuchania, czyli opuściłem miejsce dla emerytów i wylądowałem wśród tłumu na dole. Tu już wszystko było bardziej wyrównane, wyraźny bas, zdecydowanie lepiej brzmiące gitary… Zwolennicy najbardziej melodyjnych kompozycji usłyszeli „Nymphetamine (Fix)” i „The Death of Love” (uśmiechy na twarzach damskiej części publiczności mówiły same za siebie), z kolei ci, którzy poszukują w muzyce zespołu brutalności, mogli nacieszyć się utworami „Born in a Burial Gown”, „From the Cradle to Enslave” i „Gilded Cunt”. W sumie wszystko się zgadzało, ale jednak muszę przyznać, że chyba wolę Cradle Of Filth z płyt. Było kilka mało zajmujących chwil, może też jest coś w tym, że popularne „Kredki” bardziej przemawiają do młodszej części publiczności. Choć pamiętam o tym, że ta muzyka rządzi się swoimi prawami, to coraz mniej przekonuje mnie image, i gdy w drugiej połowie koncertu Dani zrzucił z siebie to wdzianko z kolcami, uznałem, że wreszcie lepiej się całość ogląda. No cóż, nic na to nie poradzę, że dżinsy i t-shirt są mi bliższe od tego całego arsenału skór, gwoździ, makijaży… Ale chyba też tak do końca się nie postarzałem, skoro już sobie ostrzę zęby na nowe wydanie „Draculi”. W twardej oprawie! Jeszcze tylko wspomnę, że najbardziej żywiołowym muzykiem na scenie był gitarzysta Rich Shaw, który uczciwie pracuje na to, by doznać kontuzji kręgów szyjnych. Poza tym było widać, że nie podchodzi do wszystkiego ze śmiertelną powagą.

Zdjęcia: Marcin Fiń

Mimo wszystko uważam, że było to udane rozpoczęcie koncertowego roku, o którym już w tej chwili można powiedzieć, że wypełniony jest olbrzymią ilością bardzo ciekawych wydarzeń. Kolejny przystanek koncertowy dla mnie? Najprawdopodobniej TOTO. Też w Krakowie.