Cradle Of Filth, Moonspell (24.01.2018, Warszawa, Progresja Music Zone)

Cryptoriana World Tour 2018 to dla mnie swego rodzaju powtórka trasy z 2009 roku, kiedy to brytyjski Cradle Of Filth objechał Europę ze swoimi przyjaciółmi z portugalskiego Moonspell. Wówczas dane mi było być na krakowskim koncercie w klubie Studio. Był kwiecień i bardzo przyjemna ciepła pogoda. Jednak tamten koncert wspominam średnio, o ile Moonspell dał wtedy bardzo dobry koncert, tak niestety Cradle Of Filth zakończyło swój gig przed czasem, czego powodem były jakieś problemy techniczne na scenie. Fani Kredek poczuli wtedy niedosyt. Nie był to mój pierwszy ich koncert, bowiem miałam okazję widzieć ich wcześniej na Metalmanii 2005. Szybko sobie ten Kraków potem odbiłam, w 2012 roku w Warszawie i w 2015 w Katowicach. To również był wtedy mój drugi koncert Moonspell. Tyle, że Portugalczyków widziałam po 2011 roku niemal rok rocznie. Tak więc, by wyjść ze statystyk, tegoroczny koncert to był mój piąty gig COF i dziesiąty Moonspell’a.

Oba zespoły są na świeżo po wydaniu swoich ostatnich albumów. Cradle Of Filth “Cryptoriana – The Seductiveness of Decay”, natomiast Moonspell “1755”. Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat historii obu kapel, bowiem każdy fan klimatycznego gotyckiego metalu doskonale zna te bandy. Zespoły, które są kultowe i miały wpływ na kształtowanie tego nurtu muzycznego. Co by nie powiedzieć, i czego by im nie zarzucić, wielkości i poziomu odmówić im absolutnie nie można. A jeżeli ktoś się na to sili, to znaczy, że ma poważne problemy ze słuchem. Ja nie ukrywam, że oba zespoły to moja ścisła czołówka i jestem związana z ich muzyką od wielu lat. Moonspell i COF mają również w naszym kraju całą rzeszę oddanych fanów, co doskonale widać na koncertach.

Cryptoriana World Tour, można powiedzieć, rozpoczęła się od krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Przed polskimi koncertami wpadły Czechy, Słowacja, czy Węgry. U nas można było zobaczyć zespoły 23 stycznia w Krakowie, 24 stycznia w Warszawie i dzień później w Gdańsku. Koncert krakowski okazał się sprzedażowym sukcesem, bowiem był całkowicie wysprzedany. Warszawa i Gdańsk również były bliskie wysprzedania. Ja wybrałam sobie warszawską Progresję, głównie z powodu klubu. Chciałam słyszeć i widzieć jak najlepiej.

Warszawski koncert miał jeszcze jeden dodatkowy zespół, polski black metalowy Sacrilegium, który miałam okazję widzieć na krótko przed, na listopadowej trasie Furii. Ten stary polski band spodobał mi się wtedy i jak się okazało, równie fajnie wypadli przed Moonspell. Koncert rozpoczął się o czasie, na Sacrilegium wpadłam delikatnie spóźniona, ale to, co usłyszałam, tylko utwierdziło mnie w swoich odczuciach. Old schoolowy atmosferyczny black bardzo dobrze wpisał się w ten koncert. Publiki nie było jeszcze bardzo dużo, ale pierwsze rzędy były już okupione.

Musiałabym być ignorantką, by stwierdzić, że na polskie koncerty wybrały się osoby będące głównie fanami COF. Moje doświadczenie i znajomość polskich koncertowych realiów, a także to, co zaobserwowałam na koncercie, każe mi oczywiście stwierdzić, że w klubie pojawili się w znakomitej większości fani Moonspell. Moonspell to przecież u nas kult. Ja stałam w drugim, a potem pierwszym rzędzie, więc widziałam odpływ niektórych osób spod sceny po występie Portugalczyków.

Choć oba zespoły kocham miłością bezwarunkową, na pytanie koleżanki, dla którego jestem tu bardziej, jednoznacznie stwierdziłam, że dla Kredek. Być może dlatego, że piąty to jeszcze nie dziesiąty koncert 😉 A może po prostu… Oba albumy uważam za bardzo udane. Miałam je już nieźle osłuchane przez ostatnie miesiące. Moonspell wreszcie „wrócił” do tego brzmienia, jakie mi u nich najbardziej odpowiada. Bardzo dużo na nowym albumie bowiem odniesień do uwielbianego przeze mnie „Night Eternal”, a i COF uraczyli nas na „Cryptoriana…” pewnymi elementami żywcem z kultowej „Dusk…”, czy „Cruelty…”. Jedyną różnicą pomiędzy tymi występami był fakt, że Moonspell skupił się w większej mierze na nowym albumie, podczas, gdy COF pomieszało nieco kawałki. Generalnie obie setlisty bardzo mi odpowiadały. W przypadku Moonspell’a byłam niemal pewna, że nowa płyta zyska jeszcze bardziej na żywo. I tak było. Kredki właściwie to samo. Poza tym usłyszałam swoje ulubione numery z obu płyt, więc byłam więcej niż usatysfakcjonowana.

Moonspell nie kazał na siebie długo czekać. Przy dźwiękach „Em Nome Do Medo” Fernando z pięknym lampionem, w czarnym kapeluszu i płaszczu wyszedł na scenę i rozpoczął swoje typowe misterium. Kto jak kto, ale on show potrafi zrobić. Piękne tło na scenie nawiązujące do tematyki nowej płyty, czyli trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku. Wszystko podciągnięte pod ten koncept, i oczywiście wszystkie utwory wyśpiewane w ojczystym języku. O dziwo, publiczność bardzo żywo reagowała na nowe numery, co na pewno dodatkowo cieszy muzyków. Przypomnieć należy, że kompozycja, która otworzyła koncert (i otwiera płytę) to już dobrze znany utwór, pochodzący z płyty „Alpha Noir”, jednak w delikatnie innym aranżu. Potem kolejno wybrzmiały kompozycje z „1755”, czyli utwór tytułowy, „In Tremor Dei” i „Desastre”. Byłam niezwykle zadowolona, że znów mogłam usłyszeć szczególnie przeze mnie uwielbiany „Night Eternal”, z płyty o tym samym tytule. Publika podczas tego starszego utworu bawiła się doskonale. Później grupa zagrała mój bezapelacyjny faworyt z nowej płyty, czyli utwór „Ruinas” – z niesamowitą orientalną wstawką. Przypominam, że te elementy zostały zagrane przez izraelskich muzyków, którzy brali udział również w nagrywaniu „Extinct”. Pomiędzy kolejnymi nowymi kompozycjami, Moonspell zagrał swój nieśmiertelny „Opium”. Potem na setliście znalazł się „Evento” i drugi z moich nowych faworytów „Todos Os Santos”. Koncert zakończył się kultowym „Alma Mater” (którego nigdy nie może zabraknąć, zwłaszcza w Polsce) i na koniec tradycyjnie magiczny „Full Moon Madness”. Moonspell zagrał niezbyt długi, ale za to naprawdę dobry koncert. Nowe utwory wypadają na żywo znakomicie! Zespół, a zwłaszcza Fernando, jak zwykle zresztą, pozostawał w wyjątkowym kontakcie z publicznością i raczył nas swoją piękną polszczyzną 😉 Fani odebrali doskonale energię zespołu i oddali ją, mam wrażenie, z podwójną siłą. Podobnie jak mój ostatni koncert Moonspell’a na Metalmanii, ten zaliczam do równie udanych. Po koncercie Fernando zdradził mi, że ten warszawski koncert był lepszy niż krakowski 😉 Więc tym bardziej miło!

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

Podobnie jak Moonspell, Cradle Of Filth bardzo szybko pojawili się na scenie. Przy dźwiękach „Ave Satani” muzycy kolejno pojawiali się na deskach Progresji. Również pięknie przygotowana scena, w tle okładka najnowszej płyty. Jak wspomniałam, setlista nie była zdominowana przez nowe numery. Dani ostatnio stawia na szybszą setlistę i tym razem, jak poprzednio, również usłyszeliśmy takie utwory. Na otwarcie poleciał „Gilded Cunt” z „Nymphetamine”, który naprawdę fajnie sprawdza się na żywo. Jako drugi pojawił się przedstawiciel „Cruelty…”, „Beneath The Howling Stars”, który zdaje się, miałam okazję słyszeć na żywo po raz pierwszy. Dla mnie każdy reprezentant mojej ukochanej „Cruelty…” jest zawsze wielką przyjemnością, zresztą podobnie jak kawałki z „Dusk…”. Przypomnieć należy, że kultowa „Cruelty And The Beast” kończy w tym roku dwadzieścia lat. Dani na żywo przypomniał, że w tym roku ma pojawić się remaster tego albumu. Mam również nadzieję, że na kolejnej trasie ta płyta zostanie potraktowana priorytetowo. Po utworze z „Cruelty…” wybrzmiał jeden z moich ulubionych „Blackest Magick In Practice” z poprzedniej płyty. Na poprzednim koncercie w Katowicach to był dla mnie również jeden z piękniejszych momentów koncertu. Kolejno pojawił się promujący najnowszy album „Heartbreak And Seance”, który początkowo mi nie wchodził, ale z czasem go bardzo polubiłam. Nieco nostalgicznie zrobiło się w trakcie kolejnej kompozycji, wspaniałej „Bathory Aria”, którą miałam okazję usłyszeć na żywo po raz pierwszy. Na tej trasie bowiem Kredki stawiają właśnie na ten numer, zastępując go równie kultowym (moim ulubionym utworem COF) – „Cruelty Brought Thee Orchids”. Nie ukrywam, że jeśli miałabym wybierać, wybrałabym ten drugi, ale usłyszeć na żywo „Bathory…” było również wielką przyjemnością. Później pojawił się tytułowy „Dusk And Her Embrace” (jak ja go uwielbiam!), a po nim największe zaskoczenie dla mnie, czyli „Death Of Love”. Przyznaję, że jakoś nigdy nie przepadałam szczególnie za tym kawałkiem, ale na żywo naprawdę zaskoczył mnie bardzo pozytywnie (nawet sobie pośpiewałam! 😉). Kolejnym przystankiem na setliście był wyróżniający się na nowej płycie, ulubiony utwór Dani’ego, „You Will Know The Lion By His Claw”. Uwielbiam niektóre momenty tego kawałka (wysokie rejestry Dani’ego), które na myśl przywodzą mi właśnie płytę „Dusk…”. Kawałek dosyć długi, ale na pewno jeden z jaśniejszych punktów koncertu. Po tym utworze zespół na chwilę opuścił scenę, by za chwilę na nią powrócić przy dźwiękach „A Bruise Upon The Silent Moon”. Pojawił się „The Promise Of Fever”, a zaraz po nim mój faworyt z „Cryptoriana”, czyli piękny „Achingly Beautiful”. Setlistę zamknęły gotyckie „Nymphetamine” i „Her Ghost In The Fog”, wyśpiewane na głos przez fanów (moje gardło również „odczuło” te utwory 😉). Koncert zamknął się kawałkiem „Born In A Burial Gown”. Dla mnie występ COF był bardzo dobry, pod względem atmosfery nie tak dobry, jak ten w Katowicach w 2015, ale jestem w pełni usatysfakcjonowana. Bawiłam się doskonale, do dziś mam problem, by utrzymać głowę w pionie 😉. Stałam przy barierkach i z grupką znajomych staraliśmy się oddać zespołowi jak najwięcej energii. Wiem dobrze, że się nam udało! 😉 Nie wiem skąd pojawiające się czasem opinie, jakoby Dani Filth nie był zaangażowany w koncert i miał słaby kontakt z publicznością… Ja mam zupełnie inne doświadczenia. Może część osób chodzi na inne koncerty Kredek? 😛 Występ był długi i nie pozostawił większego niedosytu. Podobno na scenę (w stronę Dani’ego) pod koniec koncertu poleciała butelka z wodą, ta sama, którą Dani rzucił na publikę (po to, by się napili). Na szczęście idiota nie trafił! Ja tego momentu nie widziałam. Nigdy nie zrozumiem zakompleksionych trollów, którzy zamiast wyjść z koncertu (który ich nie interesuje), postanawiają pokazać swoją głupotę pozostając do końca… Najważniejsze, że Dani tego jakoś szczególnie nie odnotował, wiem, bo rozmawialiśmy po koncercie, i wszyscy byli bardzo zadowoleni z przyjęcia i dziękowali za nasze przybycie.

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

Tak jak się spodziewałam, koncert okazał się sukcesem. Oba zespoły trzymają nieprzerwanie swój poziom. Jednak nie chciałabym, aby w przyszłości grali na wspólnej trasie. Bynajmniej nie w Polsce. Polska publiczność bywa bardzo ograniczona i niestety pokazuje swoją ciasnotę umysłową zbyt często. Nie pojmę tego chyba nigdy, skąd w niektórych takie umiłowanie do bezpodstawnego hejtu. Dlaczego na przykład w trakcie występu, który nie jest dla ciebie interesujący, nie wyjść na przykład na piwo? 😛 Jeśli nie trafia do ciebie taka stylistyka, nie staraj się jej zrozumieć, bo i tak nic z tego nie wyjdzie! Pomyśl, że są ludzie, do których trafia i uszanuj, że przybyli na koncert, czasem setki kilometrów, by zobaczyć na żywo swój ulubiony zespół! Za ciężko ci myśleć? No to chyba nie ma dla ciebie nadziei… Ja pozostaję po tym koncercie jednak w pozytywnym nastroju. Widziałam wielu bardzo młodych ludzi. To naprawdę napawa mnie optymizmem! Mam nadzieję, że niebawem te łysiejące, podstarzałe i z zapuszczonymi brzuchami „metaluchy”, dla których rozrywką jest hejt pod sceną, przestaną chodzić na koncerty! 😉 SORRY! To nie dla was miejsce…

Ja, jak to ja, zostałam do końca, dosłownie, odprowadzając wzrokiem odjeżdżającego tourbusa. Był Dani, Lindsay (wspaniała osoba!), reszta ekipy, a także Fernando, Ricardo i pozostali panowie z Moonspell. Te momenty, poza oczywiście koncertami, są dla mnie równie ważne, a może i najważniejsze 😊 Wtedy tak naprawdę obcujesz z prawdziwym człowiekiem… i otwierasz szeroko ze zdumienia oczy, kiedy słyszysz takie banialuki, że ten, czy tamten jest taki i owaki. Ty widzisz zwariowanego Dani’ego, który dla zabawy skacze po kałużach 😉 i słyszysz, że granie dla ciebie było dla Niego przyjemnością. Albo ściskasz się z Fernando, który wita cię (jak zwykle uśmiechem) i pyta, jak podobał ci się koncert… Takich wrażeń jak moje, życzę każdemu!