Cradle Of Filth – Cryptoriana – The Seductiveness Of Decay (2017)

Czekałam na ten album. Naprawdę czekałam na niego, z nadzieją, że może choć trochę okaże się podróżą w muzyczną przeszłość tego zespołu, zwłaszcza, że zapowiedzi wydawały się napawać optymizmem. Coś pomiędzy przedostatnim albumem „Hammer of the Witches”, a „Cruelty and the Beast”. Choć „Hammer…” nie była płytą przełomową, to przyznaję, że jest dla mnie wydawnictwem przyzwoitym, dosyć spójnym i ciekawym. Tym bardziej czekałam na to, co grupa w tym składzie przygotuje po raz drugi.

Po albumach „środka” naprawdę byłam zadowolona, że Dani i spółka zmierzają znów w „dobre” rejony muzyczne, może nie te same, które eksplorowali w latach 90., bo nie oszukujmy się, nie da się już tak, ale w takie – nazwijmy to „bezpieczne”. Z Kredkami tak już zawsze było, że ciężko było ich zaszufladkować, choć niektórzy uważają ich do tej pory za zespół, który porzucił „black metal” na rzecz „nie wiadomo czego”. Otóż, Cradle Of Filth wymykał się wszelkim klasyfikacjom, łącząc w swojej muzyce elementy blacku symfonicznego i gotyku, solidnie podlanego horrorem i wampiryzmem.

Nie czarujmy się, że dostaniemy od COF albumy na miarę „Dusk And Her Embrace”, bądź „Cruelty And The Beast”, nie, bo to nie czasy dla takiej muzyki. I Dani bardzo dobrze o tym wie. Jestem pewna, że gdyby chciał zrobić coś na kształt wspomnianych, to po prostu by to zrobił. Nie od dziś wiadomo, że jego najbardziej kręcą „napierdzielanki” i pewnie gdyby sam zrobił album, byłyby to thrashowy materiał.

Co się zmienia od czasu „Hammer Of The Witches” i czy coś się w ogóle zmienia na nowym albumie? Ano, trochę tak. Przede wszystkim nowy album jest krótszy, szybszy, bardziej gitarowy, mniej „monumentalny” przez ograniczenie partii klawiszy. Owszem one są, bo przecież są typowe dla COF, tyle, że na „Cryptoriana” więcej chóralnych wstawek, trochę „kościelnych”, mniej tła i pasaży. Kompozycje są krótsze, ale za to bardziej zróżnicowane, delikatnie mówiąc. Dlaczego delikatnie? No bo człowiek słuchając albumu, zastanawia się, co tu się dzieje… Niestety. Odnosi się miejscami wrażenie, że za dużo tu pomysłów, za dużo kombinowania, za dużo potrzeby pokazania, że „każdy coś potrafi”. Utwory są przez to chaotyczne, nie można ich zapamiętać i generalnie robi się mały mętlik w głowie. Jest tu za to więcej solówek gitarowych, miejscami bardzo melodyjnych, rzekłabym nawet lekko heavy metalowych. Naprawdę chciałam doszukać się tutaj tego black metalu, ale ciężko było. Owszem, jest tu szybkość i skrzek Daniego przypominający czasy „Dusk’a”, ale to dalej nie to. Zatem zapowiedzi o tym, jakoby album ten plasował się gdzieś pomiędzy „Hammer…”, a „Cruelty…” okazały się być trochę na wyrost. Brakuje tu muzycznego porządku, jakiegoś dobrego schematu, klamry, która spinałaby ładnie cały materiał. Nie mówię, że nie da się wyłuskać na „Cryptoriana” fajnych momentów, ale jest tu ich na pewno mniej niż na poprzedniczce.

Rzecz o kompozycjach. Płytę otwiera „blackowe” intro, właściwie bardzo krótki utwór „Exquisite Torments Await”, przypominające mi „Malice Through The Looking Glass”. Fajnie się zapowiada… Potem dostajemy pierwszy promujący płytę utwór „Heartbreak and Seance”, który w mojej opinii jest jednym z najlepszych na tej płycie. Powiedziałabym, że dość typowy dla COF, nasuwający gdzieś skojarzenia z „Midian”, ale też z „Blackest Magick…”. Zostając przy moich faworytach, wskazałabym jeszcze piątkę, czyli „The Seductiveness of Decay” oraz z gościnnym udziałem Liv Kristine utwór „Vengeful Spirit” – choć nie przypomina kultowej „Nymphetamine”, to jest to bez wątpienia jedna z ciekawszych kompozycji na płycie – takie pomieszanie COF z TOT. Kompozycja, która z całego zestawu podoba mi się najbardziej, to ostatni numer na płycie „Death And The Maiden” – prosty i najbardziej efektowny – muzycznie nawiązujący nieco do „Damnation And A Day”. I z tym właśnie albumem ma się tutaj chyba najwięcej skojarzeń.

Tak się zastanawiam, słuchając „Cryptoriana – The Seductiveness of Decay”, jak chciałabym aby dziś brzmiały Kredki… Myślę, że nie tak jak tutaj. Nie do końca. Przyznaję, że moja ocena tego materiału jest nieco zawyżona, jakoś ciągle mam sporą sympatię dla tej grupy i staram się wydobywać pojedyncze warte uwagi akcenty. „Cryptoriana” jest bardzo dobrym przykładem, jak zbytnie kombinowanie psuje materiał. Sprawia, że nie zapada w pamięć i się w niej rozprasza. Chyba czas się pogodzić, że zespoły młodości nie są i już nie będą takie jak kiedyś… Naturalna kolej rzeczy? Niestety tak. A może warto popatrzeć z innej strony… Może i my słuchacze powinniśmy się zmieniać, wtedy na pewno byłoby nam łatwiej akceptować nowości…

Ps. Nie wspomniałam o kontekście lirycznym płyty. Jak zawsze, w przypadku Dani’ego Filth’a dostajemy doskonale opracowaną historię, w tym przypadku inspirowaną wiktoriańskim gotyckim horrorem.