Combichrist, Wednesday 13, Night Club (Zaklęte Rewiry/Wrocław, 26.07.2018)

Z racji tego, że w tym roku niestety nie mogłam zawitać na mój ulubiony festiwal w Bolkowie, ponad tydzień po jego zakończeniu postanowiłam sobie ten fakt jakoś zrekompensować. Dwa koncerty w Polsce bowiem zagrała gwiazda electro-industrialu, Combichrist. Tyle, że ja raczej byłam zainteresowana zespołem, który gra z nimi na tej trasie, czyli Amerykanami z kultowego Wednesday 13. Połączenie hard rocka, gotyku i punka w oryginalnej horrorowatej otoczce bardzo mi się ostatnio podoba. Zatem 26 lipca stawiłam się w jeszcze nie znanych mi wrocławskich Zaklętych Rewirach. Miejscówka okazała się naprawdę świetna, a sam koncert to był również strzał w dziesiątkę.

Na trasie Combichrist, oprócz Wednesday 13 prezentuje się inna amerykańska grupa electro, Night Club. Duet wokalistka plus pan z komputerem nie zrobiła na mnie niestety wrażenia. I nie chodzi tu bynajmniej o „oszczędność instrumentarium”, chodzi raczej o to, co mają do zaprezentowania. Mimo, że charyzmatyczna wokalistka starała się z całych sił nawiązać kontakt z publicznością, ta pozostawała niewzruszona. Nie mniej, pomijając fakt przeciętnego setu, przyznać należy, że skład bardzo się starał zainteresować publiczność, będąc nawet w tak „skromnym” wydaniu.

Po nich oczywiście na scenie zaprezentował się zespół, dla którego przyjechałam do Wrocławia, amerykański Wednesday 13, na czele z niesamowitą i kultową postacią, Mr Motherfucker 13. Ich koncert to było typowe show, dokładnie takie, na jakie liczyłam. To, co najbardziej podoba mi się w tej kapeli, to „niepodrabiany” styl. Owszem, nie każdy lubi taką stylistykę, jednak nie można im odmówić oryginalności i nieprzeciętności. I styl ten przejawia się zarówno w image (starannie dopracowanym), ale przede wszystkim w muzyce. Wybuchowa mieszanka horror punk’u, gotyku i hard rocka to pozycja niezwykle ciekawa dla wszystkich gustujących w owych nurtach, a już zwłaszcza dla tych, którzy lubią łączenie muzyki z filmami grozy. Tutaj wszystko się zgadzało i dopełniało nawzajem. Bardzo dobrzy muzycy, nieprzeciętny wokalista. Zagrali dosyć długo i bardzo intensywnie. Widać było, że nie wszyscy przyjechali jednak tylko dla Combichrist. Wielu fanów Wednesday 13 pojawiło się na tym koncercie. Zespół zaprezentował dość przekrojową setlistę, w postaci takich kompozycji, jak: „What the Night Brings”, „Blood Sick”, „Scream Baby Scream”,  mój ulubiony „Serpent Society”, „Prey for Me”, „Blood Sucker”, „Gimmie Gimmie Bloodshed”, świetny „Condolences”, „I Want You… Dead / I Walked With a Zombie”, „I Love to Say Fuck”, “Bad Things”.

Przyznaję, że Combichrist to nie moja bajka. Na koncercie gwiazdy, usunęłam się nieco do tyłu, obserwując bawiących się w klubie ludzi. A nie brakowało ich. Zespół w kręgach fanów electro-industrialnego grania to prawdziwa ikona, na czele z charyzmatycznym Andy’m LaPlegua. Obiektywnie rzecz biorąc, koncert bardzo udany, ludzie bawili się świetnie. Tańczyli i śpiewali. Grupa nie pozostawała dłużna. Wokalista biegał tam i z powrotem po scenie. Muzycy z równie ciekawym image na dobre wciągnęli do zabawy zgormadzonych pod sceną. Dla mnie jednak muzyka Combichrist jest nieco zbyt monotonna i w pewnych momentach ciężko mi było odróżnić od siebie utwory. Myślę, że do ich muzyki dobrze bawiłabym się na jakimś afterparty, na przykład podczas Castle Party. Jeśli chodzi o setlistę, to był mocny punkt całego koncertu. Zespół zagrał: “All Pain Is Gone”, “Blut Royale”, “Can’t Control”, “Electrohead”, “Throat Full of Glass”, “Scarred”, “Fuck That Shit”, “Exit Eternity”, “Denial, Get Your Body Beat” i na bis “Never Surrender”, “Maggots At The Party” i “What The Fuck Is Wrong With You?”.

Myślę, że fani obu kapel nie byli zawiedzeni. Każdy, kto chciał spotkać jeszcze po koncercie swoich ulubionych muzyków, pozostał pod tourbusem, który stał jeszcze dość długo pod klubem. Generalnie muzycy nie kazali długo na siebie czekać, więc osoby, które zdecydowały się pozostać jeszcze przez chwilę po koncercie, mogły liczyć na pamiątkowe fotografie. Absolutnie nie żałuję tego wypadu do Wrocławia, spędziłam bardzo przyjemny, choć bardzo upalny wieczór. Warto czasem pójść na sztukę, po to po prostu, żeby przy przyjemnej muzyce się odprężyć i napić zimnego piwka. Ps. Miło by było zobaczyć taki Wednesday 13 na bolkowskim zamku…

 

NIGHT CLUB

 

WEDNESDAY 13

 

COMBICHRIST