Collector – Liberation’s Fall (2018)

Nazwa Collector przed otrzymaniem płyty do recenzji nie mówiła mi zupełnie nic. „Liberation’s Fall” to debiutancki materiał tych panów, którzy rzeźbią sobie swoje kawałki w Bostonie od 2010 roku. Przy dość długim, spokojnym intrze w postaci „Lullaby Of Eternity” mogłem jeszcze mieć nadzieję, że zostanę pozytywnie zaskoczony. Niestety za chwilę wjechał drugi utwór „Between The Two Demons” i już wiedziałem, że nie będzie mi po drodze z muzyką amerykanów. I nie chodzi tu o gościnne wokale Vicky Psarakis, które brzmią jakby wciśnięte na siłę i są zupełnie oderwane od całości płyty, nie wspominając już o tym, że zawyżają one i tak już spory poziom tandetnego grania. Panowie po prostu prezentują nowoczesną formę melodyjnego death/thrash metalu, zawierając w swoich utworach wszystko co najgorsze w tym gatunku. Powtarzalne i monotonne riffy, miałkie melodyjki, z których co druga brzmi podobnie i ani na trochę nie zostaje w głowie i masturbację na gryfie co parę chwil w postaci równie bezpłciowych solówek. Jasne, niektóre kawałki mają jakieś krótkie przebłyski, przy których noga sama chodzi, ale gubią się one w natłoku nijakiej całości. Płyta mnie wynudziła i wymęczyła. Ciekawostką dla fanów Nevermore będzie na pewno gościnny udział zmarłego jakiś czas temu Warrela Dane’a i Chrisa Brodericka w utworze „End This Life”. Za kręcenie gałkami odpowiadał z kolei Ted Jensen, znany ze współpracy z Mastodonem czy chociażby rodzimym Behemothem. Dostajemy więc całkiem dobrze skrojone, pasujące do muzyki brzmienie – bardzo czyste, selektywne, choć na moje ucho trochę za bardzo plastikowe (zwłaszcza jeśli o perkusję idzie). Fakt, że panowie sprawnie obsługują swoje instrumenty nie wystarczył w tym przypadku by nagrać dobrą, potrafiącą wzbudzić zainteresowanie, płytę. Brzmi to jak kolejny „triviumopodobny” zespół albo i gorzej. Wszystkie te znane nazwiska niestety nie ratują „Liberation’s Fall” w moich uszach. Totalnie nie moje granie, ocierające się momentami o kicz.