Christ Agony – Legacy (2016)

O statusie Christ Agony na naszej scenie nie ma sensu się rozpisywać. Nie każdy lubi, ale chyba każdy przyzna, że Cezar i spółka mają olbrzymi wkład w rozwój polskiego black metalu. Ja łykam bez popitki nie tylko te klasyczne albumy, ale również chociażby takie „Condemnation”. Nijak jednak nie mogę się przekonać do poprzedniego krążka „NocturN” i choć robiłem do niego kilka podejść już chyba się z tą płytą nie polubię. Bez zbytniego entuzjazmu podchodziłem więc do zapowiedzi nowej płyty, chociaż po cichu liczyłem, że „NocutrN” będzie można potraktować jako wypadek przy pracy. Trochę uspokoiła mnie wydana przed rokiem epka „Black Blood”, na której mogliśmy usłyszeć dwa nowe kawałki. Teraz natomiast mogę powiedzieć z całą pewnością, że Christ Agony wróciło na właściwe tory. To do bólu klasyczny album, a tytuł „Legacy” pasuje tutaj idealnie. Dostajemy siedem rozbudowanych kompozycji, które może nie są zbyt skomplikowane, ale posiadają to, za co wiele osób Christ Agony uwielbia – chwytliwość. Całość jest zachowana w na tyle charakterystycznym dla zespołu stylu, że nawet niezbyt zatwardziały fan bez problemu skojarzy, że ma do czynienia z tą właśnie kapelą już od pierwszego numeru. Wszystkie kawałki są bardzo spójne, poprowadzone z odpowiednim wyczuciem. Pomimo swoich prostych konstrukcji nie wydają się prostackie i męczące nawet przy kilku odsłuchach pod rząd. Jak zwykle dobrze wypadają również wplecione między mocniejsze riffy, fragmenty zagrane na akustyku czy chóralne wręcz tła. Ci, którzy cenili sobie atmosferę wytwarzaną przez Christ Agony na wcześniejszych płytach odnajdą się tutaj momentalnie. Świetnie jest słyszeć, że pomimo tylu lat na scenie Cezar potrafi nagrać album z niemalże młodzieńczą energią i wkurwieniem. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby „Legacy” zostało nagrane w latach 90-tych, dzisiaj byłoby wspominane z taką samą kultowością jak trylogia – „Unholyunion”, „Daemoonseth” i „Moonlight”. Wszystko na tym wydawnictwie zagrało tak jak powinno, łącznie z brzmieniem, które dostosowane co prawda zostało do dzisiejszych standardów, lecz nie pozbawiło muzyki jej charakteru. Miło będzie w przyszłym roku wybrać się na koncert w ramach „Legacy Tour” bez myśli w głowie – „oby tylko nie grali nic z nowej płyty…”.