CASTLE PARTY 2017 (Bolków, 14-16.07.2017)

Lata lecą, zmienia się rzeczywistość, czasy i sama muzyka. Jednak kiedy masz „tę” duszę, choć nie widać jej już „na zewnątrz”, ona jest w tobie i w ogóle się nie zmienia. Możesz na chwilę o niej zapomnieć, zatopić ją w czymś innym, ale ona i tak w końcu da o sobie znać. Da znać w zwykłych sytuacjach, kiedy będziesz oglądać film, wystawę, kiedy będziesz zwiedzać miasta i zabytki, a już na pewno odezwie się w tobie, kiedy zaczniesz słuchać tych dźwięków, na które ona jest wrażliwa. Ta dusza jest czarna, ale nie jest to czerń „zła”, to czerń trochę smutna, nostalgiczna, tęskna i tajemnicza. To ona sprawia, że wyróżniasz się na tle innych osób. Przyciągasz uwagę, imponujesz, intrygujesz, często wzbudzasz zachwyt. Zwykle nie zdajesz sobie sprawy, że to właśnie dzięki niej, ale tak właśnie jest. Ona, choć przepełniona mrokiem, bije wyjątkowym światłem, tak silnym, że oprzeć się mu może tylko druga taka osoba, taka osoba, jak ty. I choć wydaje ci się, że przebywanie w otoczeniu „jasnych” dusz ci sprzyja, to jest to tylko ułuda, o której przekonujesz się dopiero w momencie, kiedy spotykasz sobie podobnych. I choć ją często przeklinasz i chcesz się od niej uwolnić, ona jest w tobie i przypomina o sobie na każdym kroku. Ma jednak w sobie jedną, wielką moc. Czy nie zauważasz, że w obiektywnie trudnych dla większości chwilach, ty z jakimś wewnętrznym spokojem idziesz przed siebie? Wtedy właśnie zaczyna działać jej magia…

Jakoś tak się składa, że w tym roku wzięło mnie na sentymenty. 2017 zaczął się dla mnie bardzo nostalgicznie, więc może cała ta aura skłoniła mnie do podróży we własną przeszłość. Przyczynkiem dużym do tego był zapewne również koncert, który czekał mnie w ostatni dzień Castle Party w Bolkowie. Mając na myśli „mentalne podróże”, przypomniały mi się lata wsiąkania w najcudowniejszą muzykę pod słońcem (a może lepiej, pod księżycem) – gotyk i wszelkie jego pochodne. Czym dla mnie zatem ten gotyk jest? Myślę, że czymś więcej niż dla „przeciętnego słuchacza”… To nie tylko czarne ciuchy, noce pod księżycem i opowieści o wampirach. Dla mnie to zamki Szlaku Orlich Gniazd, wszystkie książki historyczne przeczytane jednym tchem, wszystkie obejrzane ekranizacje filmowe i odwiedzone wystawy, filozofia wieków średnich, nocne audycje radiowe, kluby gotyckie w Berlinie, Metalmania i przede wszystkim muzyka – Moonspell, Paradise Lost, Tiamat, Type O’Negative, Lacrimosa, The 69 Eyes. Ale tego wszystkiego by nie było, gdyby nie ta „czarna dusza” – wrażliwa, sentymentalna, poszukująca piękna i harmonii, wzlatująca ku czemuś, co nieodgadnione i nienazwane. Oto Gotyk. Mój Gotyk.

W malutkiej dolnośląskiej miejscowości niedaleko Jeleniej Góry, moja „dusza” odnajduje swoje miejsce i „tęskni” do niego przez cały rok. Nie mam jeszcze długiego stażu, bo jeżdżę tam zaledwie od 2013 roku, ale przyznać muszę, że „syndrom bolkowski” mnie dopadł, i dość ciężko się z nim żyje pomiędzy zakończeniem festiwalu, a oczekiwaniem na kolejną edycję 😉

Castle Party do tej pory przyniósł mi najpiękniejsze koncerty moich ulubionych zespołów. Takim szczególnym koncertem był dla mnie występ Paradise Lost w 2015 roku i ten sprzed tygodnia – mój pierwszy koncert Tiamat. Spiął on symboliczną klamrą moją koncertową listę, bowiem zespół Johan’a Edlund’a był ostatnim, na który czekałam. Od teraz wszystkie koncerty, które zobaczę w przyszłości nie będą na pewno z kategorii tych „must see”, a bardziej „should see” 😉

Oczywiście tegoroczna edycja Castle Party nie stała dla mnie tylko pod znakiem Tiamat, czekałam również na występ kultowego My Dying Bride oraz paru innych dobrych kapel. W tym roku zjechałam do Bolkowa w piątek wieczorem, ominął mnie zatem festiwalowy czwartek, czyli koncerty w byłym kościele ewangelickim. W tym roku miałam skrupulatnie przygotowaną listę zespołów, które na pewno chcę zobaczyć, zatem na miejscu spokojnie ją odhaczałam, bez zbędnej bieganiny pomiędzy zamkiem i kościołem. W piątek (już tradycyjnie) odbywa się tak zwany Metal Day, który dla mnie jest punktem obowiązkowym. Niestety tym razem musiałam ograniczyć się tylko do gwiazd, czyli amerykańskiego Absu i maltańskiego Beheaded. Natomiast na scenie zamkowej tego wieczora zobaczyłam rosyjską Arkonę oraz gwiazdę Diary Of Dreams.

Pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, można powiedzieć, że była dość kapryśna. W ciągu dnia było ładnie i słonecznie, najgorsza była noc, zwłaszcza ta sobotnia. Raz padało, a po chwili robiło się pogodnie. Miałam wrażenie, że aura przegoniła trochę ludzi, którzy rezygnowali z nocnego przesiadywania na rynku, zamiast tego bawili się liczniej na afterach, a inni pewnie wracali na swoje kwatery lub pod namiot. Znając jednak historię warunków atmosferycznych na festiwalu, trzeba przyznać, że i tak było bardzo dobrze. Chyba ten lekki chłodzik ostatecznie był lepszy niż nieznośny upał i zaduch. Piątek przywitał mnie taką właśnie chłodną pogodą.

W ekspresowym tempie ogarnęłam kwestię kwatery i jak najszybciej udałam się do kościoła, bo tam już szykował się do swojego występu Absu. Fajnie było zobaczyć band zza Oceanu, bowiem akurat na CP rzadko spotkać jakiś amerykański skład. Panowie rasowo odegrali swój koncert. Legendarna w niektórych kręgach kapela pokazała swoją mieszankę blacku z thrashem, bardzo dla nich charakterystycznego. Oprócz klasycznego brzmienia, panowie zaprezentowali również „klasyczny image” – gołe brzuchy w przykrótkawych kamizelkach – co wywołało u mnie lekki uśmiech 😉 Publiczność pod sceną dopisała, ciężko było wydostać się z kościoła przed końcem ich występu. Ja musiałam jednak gnać na scenę zamkową (na pierwszy mój tegoroczny) koncert folkowej Arkony. Kapela ta ma w Polsce sporą rzeszę fanów. Ja nigdy nie ukrywam, że za takim graniem nie przepadam, Arkonę jestem jednak w stanie strawić, ze względu na te ich blackowe wstawki. Muszę przyznać, że w porównaniu do dwóch poprzednich koncertów tej grupy, które było mi dane widzieć, ten wypadł stanowczo najlepiej. Widać, że chyba to miejsce i ta scena spasowała Rosjanom. Masha, jak to ma w zwyczaju, nawoływała i zagrzewała wszystkich do zabawy. Publika nie pozostawała dłużna. Szczerze, to jakoś wątpiłam, by ten zespół wpasował się w ten castlowy klimat, przyznaję – obiektywnie rzecz biorąc zagrali naprawdę dobry koncert. Aby zdążyć na występ gwiazdy Metal Day, musiałam wyjść mniej więcej w połowie koncertu. W kościele instalował się death metalowy Beheaded z Malty. Panowie w tych dniach grali krótką trasę po Polsce i właśnie koncert na Castle Party wpisał się w ich listę. Mimo, że na co dzień nie siedzę w deathowych klimatach, koncert zrobił na mnie spore wrażenie i jak się później okazało, był to jeden z lepszych koncertów, które zaliczyłam podczas tegorocznego CP. Kościół był wypełniony po brzegi. Po Beheaded czekała mnie już tylko gwiazda sceny głównej, czyli Diary Of Dreams. Mimo tego, że nigdy jakoś wyjątkowo nie słuchałam tego niemieckiego bandu, bądź co bądź, znanego w elektro-gotyckim światku, miałam wielką ochotę posłuchać ich na żywo. Nie zawiodłam się. Proste, acz efektowne kompozycje, niski głos Adriana Hatesa (znanego również z Garden Of Delight). DOD to chyba idealna muzyka dla tego zamkowego klimatu. Jakoś tak najbardziej tego pokroju zespoły wpisują mi się w tę atmosferę Castle Party. Bardzo dobrze przyjęty koncert zwieńczył drugi dzień festiwalu. Zespół zagrał swoje największe hity, jak „The Wedding”, „King Of Nowhere”, „Grau Im Licht”, „Undividable”, czy „Endless Nights”. Po zakończeniu koncertów, wpadłam na chwilę do Hacjendy, gdzie odbywały się tegoroczne after parties. Długo tam nie zabawiłam, więc przeniosłam się na chwilę do kościoła, gdzie już od kilku godzin scena należała do DJ-ów. Jako, że sety nie bardzo wpisywały się w moje klimaty, postanowiłam, że grzecznie udam się spać.

ABSU

ARKONA

BEHEADED

DIARY OF DREAMS

fot. M. Darocha

Sobota właściwie stała dla mnie pod znakiem jednego zespołu, My Dying Bride. Ale po drodze był jeszcze jeden artysta, na którego czekałam. Dzień rozpoczęłam od zamku. Pojawiłam się tam na około godzinkę przed pierwszym artystą. Na zamku trwała jeszcze próba. Ja ten czas wykorzystałam tradycyjnie na obchód po stoiskach i na zrobienie (już równie tradycyjnych) zdjęć z (prawie) wieży. Uwielbiam te widoki 😊 Na scenie po szesnastej swój występ rozpoczęła młoda skrzypaczka, Kasia Lipert. Miałam ochotę zobaczyć ten występ, bo bardzo lubię takie połączenie skrzypiec (bądź wiolonczeli) z gitarami. Bardzo fajnie to zabrzmiało. Efektu na scenie dopełniały tancerki. Gościnnie, pod koniec występu, pojawiła się na scenie wokalistka polskiego Batalion D’Amour, który występował na zamku dzień wcześniej. Panie podobno „wymieniły się”, ponieważ owa Kasia Lipert uświetniła swoją grą występ Batalionu. Po tym koncercie pozwoliłam sobie na „chwilę” przerwy i połaziłam trochę po Bolkowie. W kościele w godzinach popołudniowych również nic ciekawego dla mnie nie było. Porobiłam trochę zdjęć okolicy, odpoczęłam, coś zjadłam i przeniosłam się do kościoła około godziny dziewiętnastej, bo tam miał zagrać tajemniczy Rome, a właściwie pochodzący z Luksemburga, Jerome Reuter – muzyk, wokalista i kompozytor. Rome to właśnie jednoosobowy intrygujący muzycznie projekt, poruszający się w klimatach pomieszanego post-punka i amerykańskiego folku (jak sam siebie określa). Choć właściwie można nazwać go swego rodzaju „bardem”. Zapoznałam się z jego muzyką jeszcze przed przyjazdem do Bolkowa, zatem wiedziałam, że mogę liczyć na coś wyjątkowego. Nie pomyliłam się. Na scenie był tylko on i jego gitara. Piękny, niski, hipnotyzujący wokal. To wszystko wspaniale harmonizowało z ciemnym i dusznym kościołem. Koncert zebrał sporą publiczność, z racji również tego, że był to ostatni występ małej sceny tego dnia. Po tym niezwykłym spektaklu przeniosłam się znów na zamek, na którym akurat swój występ rozpoczynał Suicide Commando. Electro-industrialny projekt Johana Van Roya już od trzydziestu lat doskonale radzi sobie na tej scenie. Charyzmatyczny i trochę „zfreakowany” wokalista bardzo umiejętnie nakręcał publiczność do zabawy. Nie są to zupełnie moje klimaty, ale przyznaję, że ich koncert ruszył dziedzińcem dość konkretnie. Ja mniej więcej w połowie wyszłam, pokręciłam się w okolicach rynku, żeby nabrać sił przed gwiazdą wieczoru. Tyle, że zanim danie główne, rolę zagrzewacza (dosłownie) wypełnił na zamku śląski NeuObersliesien (tak, tak, ta polska podróbka Rammsteina). Nie znam się zupełnie, ale z tego, jakie informacje mnie dosięgły, ponoć jakieś niesnaski były w kapeli, stąd zmiana nazwy (właściwie dodanie przedrostka „neu”). W każdym razie nie będę tu rozważać kwestii lingwistycznych. Nie będę ukrywać, że ta kapela, delikatnie mówiąc, działa na mnie jak płachta na byka. Dla mnie to takie „disco polo z gitarami”, ani pomysłu w tym, ani wartości muzycznej. Jako foto nie mogliśmy ich fotografować spod sceny, ponieważ mieli zainstalowane wyrzutnie pirotechniczne (czy jak to się tam nazywa). Zatem ognie na scenie były, i ogony ogniste (:D) z gryfów gitar. No wypas po prostu! 😉 Prawie, jak Rammstein! No prawie… 😉 I jeszcze ta gwara… :/ Nie mam nic do gwary śląskiej samej w sobie, ale okropnie brzmi, jak się nią śpiewa 😛 No cóż, przeżyłam ich jakoś. Trzeba było. O dziwo, słyszałam wiele opinii, że koncert był świetny! :O Naprawdę? Ech… Najgorsze w tym oczekiwaniu na gwiazdę było to, że robiło się coraz zimniej. Poważnie obawiałam się, jak wytrzymam (jestem teraz strasznym zmarzluchem). Przygotowania, przygotowania i na scenie powolutku, po kolei, zaczęli pojawiać się muzycy ikony doom metalu, angielski My Dying Bride. Przyznaję, fanem grupy nie jestem i nigdy nie byłam. Owszem, podobały mi się jakieś wybrane kompozycje, ale co by nie powiedzieć, poziom muzyczno-wykonawczy, a i kompozycyjny, to poziom zbliżający się do perfekcji. Tak też było tego zimnego wieczoru, a właściwie już nocy. Aaron – wielkolud ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, swoim wokalem i zachowaniem scenicznym roztaczał jakiegoś rodzaju magię. Tak idealnie ta muzyka współgrała z tym dziedzińcem i z tym przeszywającym chłodem. Połamane dźwięki, zawodzące skrzypce, pulsujący bas i piękna gitara. Wszystko grało. Bardzo dobrze grało i bardzo dobrze brzmiało. Bardzo oszczędny w swoich słowach wokalista grupy, z charakterystyczną angielską powściągliwością, przechodził z utworu na utwór. Na setliście pojawiły się między innymi „Your Shameful Heaven”, „The Cry Of Mankind”, „Like A Perpetual Funeral”, „To Shiver In Empty Halls”, „The Songless Bird”, „Sear Me”, „From Darkest Skies”. Było pięknie, jednak ja nie wytrzymałam i jakoś w połowie koncertu musiałam wracać na kwaterę – trzęsłam się z zimna niemiłosiernie. Dźwięki My Dying Bride jeszcze długo mnie „odprowadzały”… Nie miałam już ochoty, by iść się bawić na aftery, wolałam zregenerować siły, bo czekała mnie niedziela i najważniejszy dla mnie koncert.

KASIA LIPERT

ROME

SUICIDE COMMANDO

NEUOBERSLIESIEN

MY DYING BRIDE

fot. M. Darocha

Z pewnym niepokojem wyglądałam nieba niedzielnego poranka. Nie wyobrażałam sobie, żeby tym razem zimno przegoniło mnie z zamku. Jak wspomniałam, Tiamat miał zamknąć moją koncertową listę kapel, które „muszę” zobaczyć na żywo. Odkąd zaczęłam słuchać gotyku i jego pochodnych, ten zespół był dla mnie jednym z kilku najważniejszych. Uwielbiam zarówno stare klasyki, jak „Wildhoney” i „Clouds”, ale numerem jeden od zawsze był dla mnie „Skeleton Skeletron” i „Prey”. Ileż to razy ta muzyka towarzyszyła mi w różnych sytuacjach i miejscach. Tiamat to taki wyjątkowy zespół, prowadzony od początku przez ekscentrycznego Johana Edlunda. Nie wiem, czy są takie osoby, które słuchając metalu, nie przeszły przez etap „The Sleeping Beauty”, czy „Gaia”. Klasyki, których wstyd nie znać. Tiamat, podobnie jak pozostałe moje ulubione bandy, przeszedł na swojej drodze kilka muzycznych metamorfoz. Jedne mu wyszły na dobre, inne trochę mniej. Ja lubię większość albumów, ale są też takie, jak choćby ostatni, który nie wywołał we mnie większych wrażeń. Ponoć w drodze jest następny, pytanie, czy kondycja fizyczna Johana pozwoli na sfinalizowanie prac nad nową płytą. Oby, bo w sumie dobrze by było dostać nowy materiał. Zatem czekałam na ten koncert i właściwie dla tego koncertu przyjechałam. Miałam listę życzeń, jeśli chodzi o utwory, byłam jednak spokojna, bo wiedziałam jak setlista wyglądała na niedawnych ich występach. Poza tym pewnych numerów można się było spodziewać, to miał być przecież występ „na zamku”.

Oprócz wiadomego koncertu, tego dnia nic nie wzbudziło mojego większego zainteresowania, może poza H.Exe, czyli bywalcem Castle Party, który to miałam już okazję tam widzieć. Z racji tego, że H.Exe miało grać w kościele przed dziewiętnastą, popołudnie rozpoczęłam od sceny zamkowej. Właściwie bardziej z ciekawości, jakimś trafem wpadłam na koncert polskiego Dance On Glass. Oprócz paru zdjęć, nic mnie tam nie zatrzymało na dłużej. Moja odwieczna zasada, staram się raczej unikać krytyki, czy raczej ją przemilczeć. No chyba, że trzeba ją wyrazić 😉 A że nie muszę… 😉 To tyle miałabym do powiedzenia na temat tego koncertu. Potem kręciłam się już w okolicach kościoła, spędzając czas właściwie pod. Muzyka z wnętrza nie zachęcała mnie zbytnio do uczestnictwa w zaplanowanych koncertach, ze znajomymi trzeba było też porozmawiać 😉 W międzyczasie robiłam za „modelkę”. Z tego miejsca pozdrawiam Panów Fotografów! 😊 Tak mniej więcej dotrwałam do wyczekiwanego przeze mnie koncertu electro-industrialno-metalowego H.Exe. Jak wspomniałam, miałam okazję widzieć ich koncert w 2015 roku. Grali wówczas na scenie zamkowej. Ich mieszanka stylistyczna bardzo przypadła mi do gustu. „Kupili mnie” wtedy również coverem Samaela. Rasowe, fajne granie i bardzo ciekawy wokal Odo. Kościół wypełnił się do ostatniego. Nic dziwnego, H.Exe jest w tych klimatach już bardzo dobrze znane, koncertują także za granicą, także wiele osób czekało na ich występ. Zagrali świetnie, energetycznie i porwali publiczność pod sceną. Było duszno, ciemno i transowo. Po koncercie wiele osób podkreślało, że powinni byli zagrać na scenie głównej. Też tak uważam, choć w kościele też koncert ten miał swój urok. Dobre koncerty mają to do siebie, że przelatują bardzo szybko. Tak też było w tym przypadku. Niczym się obejrzałam, trzeba było zmierzać znów na zamkowy szczyt. Co prawda przed gwiazdą, miał być jeszcze niejaki belgijski Vive La Fete, ale dla mnie było to już zwykłe oczekiwanie na Tiamat. Zanotowałam jedynie, że na scenie w bardzo energetycznej (elektronicznej) muzyce wyginała się jakaś blond piękność. Na pewno męska część publiczności była z tego powodu zadowolona. Na mnie muzycznie nie zrobiło to wrażenia, w tym czasie przygotowywałam swój sprzęt foto do pracy 😉 Dość szybko przeleciał mi koncert Belgów, na scenie pojawił się pan zapowiadający i oznajmił, że Tiamat zrobi jeszcze ekspresową próbę (ponieważ nie zdążył w ciągu dnia) i musimy jeszcze chwilkę poczekać. No cóż, tyle się czekało, więc te dodatkowe piętnaście minut nie sprawiło większego problemu. Pogoda wytrzymywała, było dość ciepło, nie padało, więc byłam zadowolona, biorąc pod uwagę poprzednią noc. Oczekiwałam w pełnej ekscytacji. Oczywiście naczytałam się różnych komentarzy w stylu, Johan to już nie powinien śpiewać i generalnie występować… Spójrzmy prawdzie w oczy, mało jest już kapel, które są w takiej kondycji, jak na początku swojej działalności. Niestety. Ludzie się zmieniają, starzeją, czasem wyniszczają na własna odpowiedzialność. To wszystko odbija się na poziomie wykonawczym. Ja natomiast nigdy nie przejmuje się taką gadaniną, i potrzebuję zawsze skonfrontować moje wrażenia z daną muzyką na żywo.

DANCE ON GLASS

H.EXE

VIVE LA FETE

fot. M. Darocha

Nadeszła wreszcie ta chwila, po dość długim oczekiwaniu, na scenie zaczęli pojawiać się muzycy Tiamat, Johan na końcu. Ubrany tak jak zapowiadał kilka dni wcześniej na fejsbukowej stronie, w mundur mający kilkadziesiąt lat i hełm polskiego żołnierza II Wojny Światowej. Zaczęli od „Will They Come?” i setlista zaczęła się odkrywać tak, jak zakładałam. „Nihil”, „Wings Of Heaven”, „Thirst Snake”, „Vote For Love”, „Cold Seed”, „Divided”, „Misantropolis”, „Cain”, „Whatever That Hurts”, „Phantasma De Luxe”, „Brighter Than The Sun”, i na bisy „The Sleeping Beauty” i „Gaia”. Wersje utworów były nieco zmienione, chyba najbardziej przez chórki gitarzysty – zamiast sampli z damskimi wstawkami w takich kawałkach, jak „Divided”, czy „Brighter Than The Sun”. Johan rozdał swoje fanty, marynarkę dostał fotograf, który stał koło mnie, a hełm ktoś z pierwszego rzędu. Bardzo dużo mówił pomiędzy kolejnymi utworami. Ktoś nawet stwierdził, że Johan bardzo dobrze nadaje się na konferansjera. Coś w tym jest 😉 Wokalnie, nie było katastrofy. Fakt, nie wyciąga już tak, jak kiedyś, ale nie mogę absolutnie powiedzieć, że śpiewa źle. Dla mnie było jak najbardziej ok. Muzycznie też wszystko się zgadzało. Atmosfera była bardzo dobra, widać było, że cieszą się z tego występu. Johan wiele razy dziękował polskiej publiczności za lata wsparcia. Wspominał lata 90. i ich występy na Metalamnii. Wyrażał swoje głębokie uczucia w stosunku do Polski i polskich fanów. Znając Edlunda, nie miało się wrażenia, że wszystko to, co wypowiada, jest robione „pod publiczkę”. To bardzo skromny i pokorny człowiek, zatem można się spodziewać, że to, co mówił, jest zgodne z jego przekonaniem. Ja bawiłam się świetnie. Stałam sobie standardowo w pierwszym rzędzie, wszystko dobrze widziałam i słyszałam. Chłonęłam sobie tę muzykę na żywo. Wyskakałam się i wytańczyłam. Przed ostatnimi numerami Johan zszedł ze sceny i trochę nas zaskoczył. Stałam zaraz na początku lewej strony sceny. Patrzę, idzie w naszą stronę… Zaczął się z nami witać i dziękować. Zażartowałam, że musi wracać na scenę, bo jeszcze do odegrania zostały „The Sleeping Beauty” i „Gaia” 😉 On tylko kiwnął znacząco 😉 Tak też było, gdy doszedł do samego końca rzędu powrócił na scenę wybrzmiały (chyba przez wszystkich wyczekiwany) „The Sleeping Beauty”, a potem cudowna „Gaia” na zakończenie. Johan wyraźnie nie mógł pożegnać się z publicznością, schodził jeszcze raz ze sceny. Miłe to było dla każdego prawdziwego fana. Tak zawsze powinno być na koncertach, szkoda, że nielicznych muzyków stać na takie zaangażowanie i szczerość… Koncert się skończył, a ja udałam się tam, gdzie zwykle się udaje, jak już prawie nikogo nie ma na zamku 😉 Dopełnieniem koncertu dla mnie była jeszcze krótka rozmowa z Johanem i pamiątkowe zdjęcie. Mogłam wracać, w pełni zadowolona 😊 Podekscytowana w efekcie zrezygnowałam z Batcave’a, który odbywał się w nocy w klubie Hacjenda. Jeszcze przez jakiś czas toczyliśmy ze znajomymi rozmowy na bolkowskim rynku, wymieniając swoje wrażenia po koncercie Tiamat. Gdyby nie fakt, że z samego rana musiałam już przedostawać się do Wrocławia, pewnie przetańczyłabym całą noc, zważywszy, że miał być to after w klimatach, które lubię. To są jednak wybory, pewnie następnym razem… 😉

TIAMAT

fot. M. Darocha

Jakoś tak się składa, że Castle Party spełnia moje muzyczne marzenia. Dosłownie. Lacrimosa, Moonspell, The 69 Eyes, Paradise Lost i Tiamat. Mimo, że niektóre z tych kapel widziałam już wcześniej na żywo, koncerty na bolkowskim zamku mają szczególny klimat. Chyba nikomu nie trzeba tego tłumaczyć. To jest miejsce dla takiej muzyki. Taka muzyka tam najbardziej się sprawdza. To jest esencja gotyku, tego prawdziwego, nie ubarwionego, nie przebranego w lateksowe fatałaszki i podskakującego w rytm dziwnych dźwięków puszczanych z „komputera”. Chciałabym aby takich dźwięków było tam najwięcej 😉 Uczestnictwo z festiwalu po rocznej przerwie sprawiło, że chyba pierwszy raz napawałam się nim tak naprawdę. Nie biegałam już jak szalona pomiędzy dwiema scenami, wybierałam artystów, którzy mnie interesowali, więcej odpoczywałam i rozkoszowałam się klimatem i okolicą. Fotografowałam. Było bardzo fajnie. Na luzie, spokojnie. Organizacyjnie zawsze bez zastrzeżeń, moja ulubiona scena i ulubione miejsca. Tym razem miałam fajną kwaterę, na której Pani częstowała wypiekami i zupą 😉 Tylko jakoś dziwnie szybko przeleciały mi te trzy dni. Od zakończenia CP minął już ponad tydzień, a ja czuję ciągle niedosyt i tak jakoś nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać i wracać do szarej rzeczywistości. W przyszłym roku chyba trzeba jechać tam na tydzień… 😉 Mam nadzieję, że muzycznie przyszła edycja będzie dla mnie równie ciekawa, co poprzednie. Jeśli tak będzie, moja „czarna dusza” będzie zaspokojona…

Ps. Tradycyjnie, podziękowania dla Krzysztofa Rakowskiego za kontakty i „tajemną” wiedzę na temat zespołów 😉 Liczę na owocną współpracę, jak do tej pory! Trzymam nieprzerwanie kciuki za festiwal i przypominam o swojej gotowości do pomocy! Zawsze! 😉

* Moja lista życzeń na CP 2018 😉: The 69 Eyes, Swallow The Sun, Lord Of The Lost, Liv Kristine & Raymond Rohonyi (Theatre Of Tragedy), Deathstars

ZAMEK

fot. M. Darocha

fot. Baks

M. Darocha, Baks