Bottom – Epidemo (2018)

Bottom robi robotę. Wypuszczają kolejny, solidny materiał na pełnym wkurwie i to dość szybko po ostatnim długograju, a zatem coby nie nadużywać gościnności jest to tylko kwadransik grania. A znajdzie się tu i EP, i kawałek z dema, gdzieś pośrodku cover i nawet fajna gra słowna. Bardzo to wszystko wyszło zgrabnie, łączy agresywne gatunki, bo co tu dużo gadać, jest to ciągle ten sam znany i lubiany wkurw metal. Skojarzenie mam tu przy okazji dość nietypowe, bo w niektórych fragmentach przypomina mi się Anal Stench, którego to trzeciej płyty już się chyba nigdy nie doczekam. No ale Bottom dostarczył dawki sentymentu, więc i takie małe szczęścia przyjmę z otwartymi ramionami. Powiem Wam też, że bardzo lubię katować ten wysokooktanowy death/grind/hardcore i co tylko chcecie tu wcisnąć między te szuflady. Wracam w kółko do tego małego dziełka i nie tylko samą muzykę smakuję, ale też zawarte tu polskie teksty nakłoniły mnie do zastanowienia się nad sobą, a to już zdarza się jebitnie rzadko, więc szacunki. Riffy i gary dbają o to, by mi kark nie zesztywniał, bo dzieje się sporo, a to zaleta ultymatywna! Wokalom pochwał także nie szczędzę, bo to 120% wściekłości i zaangażowania. Plusuje tu również klimatyczne zwolnienie w ostatnim numerze, które bardzo przyjemnie drapie mnie tam, gdzie lubię. Nie będziecie się ogólnie nudzić przy tym małym albumie. Szybko, konkretnie, mocno, krótko i na pełnej. Trafia to do mnie bardzo, budzi rano, nakurwia w robocie, łomocze do piwka, gniecie w spożywczaku i gdziekolwiek mi się akurat zachce zasmakować polskiej sztuki muzycznej.