BlackSnake – Blood of the Snake (2017)

Niezły zgryz mam z tą płytą. Bo niby to taki metaliczny rokenrol, więc co się mogło spierdolić, ale trudno od samego początku aż do końca trwania tej płyty powiedzieć czy mi się tak naprawdę podoba czy też nie. Wzbudza mieszane uczucia i trzyma je w ciągłej rotacji. Kiedy już mi się zdaję, że jeden czy drugi kawałek fajnie gniecie, to pojawia się nagle jakiś motyw kompletnie z pizdy, który sprawia, że jestem poważnie zmieszany. A do takich motywów należą poutykane tu i ówdzie niepasujące do reszty, przynajmniej moim zdaniem, gitarowe patenty, poza tym również wokalista dwoi się i troi, na różne sposoby stara się nie być monotonnym, a wychodzi z różnym skutkiem. Może i ważne żeby próbować, ale trzeba się liczyć z tym, że nie zawsze do każdego to trafi. W odbiorze tego materiału też nie pomagają mi tu pojawiające się niekiedy organki, od których zgrzytam jedynie zębami. Do tego miejscami krążek ten wydaje mi się taki odrobinę anemiczny, ale na szczęście nie jest to domena całości.  No i deser skutecznie wkurwiający to jakiś gościnny występ nieznanej mi pani gdzieś w połowie płyty. Nie lubię śpiewających babek w takiej muzyce i nic na to nie poradzę, proszę dać mi spokój. Ale jak już się to wszystko przełknie, to można stwierdzić, że BlackSnake na tej swojej nowej, trzeciej płycie jest dość dobre we fragmentach innych niż wyżej wymienione. Wcześniejszych albumów nie znam, podkreślę to uczciwie, więc nie wiem jak wyglądają poprzednie dokonania i wprawdzie nawet po „Blood of the Snake” jakoś szczególnie nie czuję się zachęcony, bo musiałby to być rozkurwator roku, żeby narobić mi smaka na nagrania archiwalne. Ale nic to, mogę z tym żyć. Żeby nie było, bywa iż pokiwam się przy tej płycie momentami, podygotam stopą, bo nie jest to rzecz odpychająca. Ona raczej nie bardzo się chce podobać, a ja z kolei odrobinę jednak chcę, żeby mi się podobała. I chyba jest trochę jak te cztery fakolce wymierzone w moją stronę na zdjęciu członków tej kapeli. Takie „wal się na ryj, gramy co nam się podoba, a nie pod czyjeś gusta”. I spoko, fajnie, nie przeszkadza mi to. Ale że jakimś numerkiem ten album wypada mi okrasić, to będzie to eleganckie, krąglutkie „sześć”. Tak mi podpowiadają moje flaki. Coś pomiędzy „mieszane uczucia” a „nawet dobre”. Nie dajcie się zniechęcić tą nudną okładką, bo w środku dzieje się sporo, z tym że nie są to same przysmaki. Do tego cukierka przykleiło się trochę brudu i włosów z podłogi, ale jakby go obmyć, to nawet da radę wsadzić do ust.