Atriarch – Dead as Truth (2017)

Pierwsze minuty tego albumu z miejsca wrzuciły skojarzenia z Triptykon, a wokalne patenty to wypisz wymaluj Tom Warrior jak na moje ucho i nic na to nie poradzę. A że Triptykon bardzo lubię, to i nastawienie z miejsca było pełne zapału. Wystarczyło jednak wjechać głębiej, by przekonać się, że te pół godziny grania to wystarczająco dużo, żeby nie powiedzieć wręcz że to aż zanadto. Atriarch nie przyniesie wam melodii, skoczności, patatajów, szatana bądź śmierci, nie rozmiecie też techniką ani tempem, a to co uprawiają to podobno coś na kształt blackened doom. Pogrywają sobie nieśpiesznie z tendencjami do wrzucenia drugiego biegu, ale jakby nic z tego wszystkiego nie wynika. W moim odczuciu jest to takie granie dla grania, próbują niby zbudować jakąś atmosferę, ale trudno przy tym wyzbyć się wrażenia, iż wszystko to jakieś takie przeciągane, nie wzbudza jakiegoś większego zainteresowania, leci sobie, kończy się, sześć kawałków przelatuje, a człowiek nie ma wrażenia jakoby poznał właśnie coś wartego uwagi. Brakuje mi tu iskry, niby szczególnie wynudzony po tym wojażu nie jestem, ale też bardzo daleko mi do polecania tej płyty komukolwiek, no może poza osobnikom szczególnie ciekawskim, bo tym panom jednak jako takiego pomysłu na siebie nie odmówię. Jest w tym minimalizmie jakaś metoda, nie przeczę też temu, że komuś z drogich czytelników serce zabije mocniej w momencie gdy Atriarch się lekko rozpędza, a nuż również ktoś doceni ten klimat jaki chłopaki budują. Ja stanowczo jednak podziękuję, bo jakieś to wszystko niedosolone i niedopieprzone jak na mój gust. Zwróćcie uwagę, że nie rzucam tutaj określeniami w stylu „co za gówno” i tym podobniej, bo do gówna sporo brakuje. Pewnie już się domyślacie z wydźwięku tych wypocin jak oceniam ten album. No tak średnio, bym powiedział, tak średnio.