Anus Magulo – Assophilia (2017)

„Assophilia” świeżynką nie jest. Album wydany w 2015 dotarł do mnie dopiero teraz z powodu lekkich perturbacji w obozie Anus Magulo. Dobrym powodem jest też oficjalne jego wydanie przez Bizarre Leprous Productions. Co się odwlecze itd. Z resztą, im grind bardziej zatęchły, popsuty i śmierdzący tym lepszy, prawda? Jedziemy więc z drugim pełniakiem tej stołecznej ekipy. Te dziesięć kawałków to po prostu grindcore z krwi i kości. Ciężkie, masywne brzmienie, trochę skocznych riffów, trochę przygniatających walców i oczywiście pokaz różnorakich wokali – od growlu przez kwiki, wrzaski po typowy bulgot. Czuć w tym wszystkim death metalowe zapędu Anus Magulo (np. w takim „Kill Life”) ale bez wątpienia okraszone jest to grindowym świńskim sosem. Brzmieniowo nie ma się do czego przyjebać – ciężko ale selektywnie i z odpowiednim brudem. Dodatkowymi smaczkami mogą być np. instrumenty dęte w spokojniejszym fragmencie „Rzucili kurwy na PGR”, które mogą wywołać u niektórych lekką konsternację. Rozpraw filozoficznych jeśli chodzi o teksty raczej się nie spodziewacie, prawda? Do wyboru, do koloru – trochę humoru, sporo alkoholu. A oprócz tego porcja gówna i flaków – standardowy zestaw tematów grindowych przytupańców. „Assophilia” nie jest albumem dla mnie, zdawałem sobie z tego sprawę już przed odpaleniem tego krążka. Nie mogę jednak powiedzieć, że męczyłem się słuchając tych kawałków, także można to skwitować krótkim „jest ok”. Wracał do tego pewnie nie będę, ale wyżywać się nad tym albumem również nie zamierzam. Maniacy takiego grania pewnie mają już płytę na półce w kiblu (i nie jest to w tym przypadku obelga), reszta jeśli grind sobie ceni powinna również rzucić uchem.