Antigama – Depressant (2017)

Przez ponad dwa lata jakie minęły od ostatniego pełniaka Antigamy apetyt na ich granie urósł u mnie do rozmiarów solidnej kobyły. Z odsieczą przychodzi „Depressant”, ale jest to tylko przystawka, bo po 18 minutach jest po imprezie. Były co prawda po drodze ze dwa splity, ale mnie niestety ominęły, a i też za takimi formami jakoś nie szaleję. Zatem do rzeczy, co tu dostajemy? Garnuszek grindowego miodku ze szczyptą eksperymentu, więc to, co chłopakom od niemal dwóch dekad wychodzi doskonale. Uśmiech na mojej mordzie rysuje się tutaj głównie z dwóch powodów. Pierwszy to świetna okładka. Antigama generalnie od zawsze miała bardzo zacne obrazy na froncie, często tak inne od tych, jakie zdobią ciężkie granie. Wizytówkę „Depressant” bez zawahania stawiam obok moich ulubionych znanych z „Discomfort”, „Zeroland” oraz ostatniego „The Insolent”. Drugi powód do radości to rzecz jasna ta świetna muzyka. Słysząc wokal Łukasza Myszkowskiego oraz gitarę Sebastiana Rokickiego czuję się jak w domu. Trudno o insze odczucia gdy od dobrych 10 lat te ich piękne dźwięki ubarwiają mi życie. „Depressant” przynosi wszystko to, czego chciałem, jest tu wykop na księżyc, znajdzie się coś do wesołego poskakania, wolny kawałek tytułowy, coś lekko dziwnego na koniec, a zatem wszystko na miejscu. To spokojnie w dalszym ciągu jedna z najlepszych i najciekawszych kapel na naszej planecie, w dodatku z mojego pięknego miasta, nie może być lepiej. Brzmieniowo, kompozycyjnie, wykonawczo, i co tylko, jest to bardzo wysoka półka. Można mieć w dupie tysiące zespołów, ale życia bez Antigamy to jakoś sobie za bardzo nie wyobrażam. Ale co będziecie słuchać bajdurzenia wykolejeńca, zapraszam chociażby na bandcamp Selfmadegod Records, tam sami sobie sprawdzicie czy jest to warte Waszego czasu i pieniędzy.