Anthem – Phosphorus (2014)

Dzisiaj cofniemy się trochę w czasie. Na warsztat wziąłem debiutancki krążek Anthem, który ma już na karku dwa lata. Ta nazwa migała mi dość często przed oczami na plakatach, ale oprócz pojedynczych kawałków zasłyszanych w internetach nigdy nie było mi po drodze ze sprawdzeniem całego materiału. Trzeba przyznać, że na „Phosphorus” nieźle nam się poznaniacy rozhasali. Słychać już na wstępie, że Anthem to zgrana ekipa, a zasilający ją muzycy nie siedzą w metalu „od wczoraj” i mają już jakieś doświadczenie w graniu. Na płycie dostajemy dziesięć kawałków brutalnego death metalu. Bez zbędnych upiększaczy, bez eksperymentów i odlotów w inne rejony, po prostu śmierć metal. Płyta jest spójna i cholernie intensywna, nie sposób dostrzec na niej wyraźnie wyraźnie słabszego kawałka, który zaburzał by odbiór całości. Panowie postawili na ciężar zarówno jeśli chodzi o warstwę instrumentalną jak i wokalną. Nie spodziewajcie się tutaj niczego więcej, jak tylko doskonale pasujących do muzyki niskich wyziewów. W zasadzie to nie wiem czy powinienem rozpisywać się jeszcze bardziej na temat zawartości „Phosphorus„. W przypadku tego krążka na prawdę wszystko jest jasne już przy pierwszym kawałku. Jeśli ten zdoła was przekonać, wsiąkniecie w tę płytę i będziecie chcieli do niej wrócić. Jeśli tak jak ja, nie mieliście okazji sięgnąć jeszcze po debiut Anthem to z pewnością warto nadrobić zaległości. Obok Deivos czy Embrional, Anthem rośnie na jeden z lepszych zespołów parających się technicznym, brutalnym łojeniem w tym kraju. Bardzo jestem ciekaw co usłyszymy na drugim albumie, który powinien ukazać się już niedługo.