Anima – Sound of Indifference (2016)

Dziś na tapecie kolejny duet, który zdecydował się wydać krążek pod szyldem Via Nocturna. Niedawno recenzowany debiut Mortality nie przypadł mi za bardzo do gustu i wszystko wskazuje na to, że z włoskim projektem Anima sytuacja jest niestety podobna. Na wstępie, żeby mieć to już z głowy, powiem że pod względem realizatorskim cienko jest ten materiał zrobiony. Słychać, że perkusja to chamski automat (nie wiem czy nie jeden z podstawowych presetów EzDrummer), całość brzmi raczej jak próbka demo nagrana przez zespół przed wejściem do studia. Nie ma tu mowy ani o pełnej profesce, ani o stylistyce garażowych rehów. Już wolę chyba te wszystkie piwniczne niechlujnie zrealizowane rzeczy z udziałem żywych bębnów niż pseudo studyjną jakość walącą plastikiem prosto w ryj, zwłaszcza, że duszny piwniczny klimat do tego gatunku mógłby przypasować całkiem dobrze. Dobra, ponarzekałem sobie na to co w tym albumie boli mnie najbardziej, przejdźmy więc dalej. Nie zanudzenie słuchacza depresyjnym doom/black metalem to niełatwa sprawa. Anima gatunek ten prezentuje w bardzo koślawy sposób. Panowie bezpiecznie poruszają się w obszarze riffów zaprezentowanych już pierdyliard razy, dodatkowo żaden z nich nie jest w stanie utkwić w pamięci na dłużej. Wszystko jest tutaj bardzo siermiężne i ciężkostrawne ale raczej nie tak jakby sobie tego panowie życzyli. Ciągnie się to strasznie, a słysząc np. solowy popis na gitarze w „Fragments of Nothing” człowiek uśmiecha się pod nosem. Wokal mamy tu mocno monotonny i również ciężko było mi się do niego przyzwyczaić – ot taki rzyg bez większych emocji. „Sound of Indifference” wymęczyło mnie mocno i wiem na pewno, że nie wrócę już do tej płyty. Cały czas miałem wrażenie, że te kawałki były nagrywane na siłę, zupełnie to do mnie nie trafia.