Amorphis – Queen Of Time (2018)

Nowe wydawnictwo Amorphis z jednej strony przynosi coś, co już dobrze znamy, i czego spodziewamy się po tym zespole, a z drugiej strony coś zupełnie świeżego, czego grupa ta jeszcze dotąd nie próbowała. „Queen Of Time” jest naturalną kontynuacją swojego poprzednika, czyli znajdziemy tu dwa muzyczne oblicza tego fińskiego zespołu, od brutalnego melodyjnego death metalu, po piękne i spokojne fragmenty. Właściwie każdy utwór jest tak dualistycznie zbudowany. Nowy album opiera się o solidne fundamenty „Under The Red Cloud”, ale różni się jednak od niego. Zespół tym razem skorzystał, za sprawą producenta Jens’a Bogren’a z „żywego” chóru. Myślę, że każdy, kto niecierpliwie oczekuje dnia premiery, zastanawia się, jak to wyszło. Amorphis z chórem? Ale nie myślcie sobie, że są tu jakieś orkiestracje, czy coś w tym rodzaju. Nie. Tu wszystko jest bardzo wysmakowane i te partie stanowią jedynie uzupełnienie. Poza tym nierozerwalnie łączą się z charakterystycznymi Blisko-Wschodnimi „zagrywkami”. Muzycy, którzy wzięli udział w nagrywaniu albumu Amorphis pochodzą z Izraela. Nie da się ukryć, że Jens Bogren ma „taką” wizję muzyki Finów, bowiem konsekwentnie przenosi ją z „Under The Red Cloud” na „Queen Of Time”.

Zacznijmy od tego, że nowy album Amorphis nie jest albumem koncepcyjnym, ani w warstwie lirycznej, ani muzycznej. Za liryki, jak zwykle zresztą, odpowiada fiński autor od lat współpracujący z zespołem, Pekka Kainulainen. Tytułowa „królowa” to pszczoła, która widnieje na okładce albumu. Jest metaforą małego, acz bardzo ważnego elementu całego systemu. Poza tym teksty odnoszą się do życiowej wędrówki człowieka, wędrówki pełnej krętych dróg, potknięć, wielu końców i kresów, a także ciągłego dążenia do wyznaczonego celu. Album promują dwa numery, pierwszym z nich była kompozycja numer jeden, czyli „The Bee”. Mamy tu połączenie brutalnego grania z przejmującymi melodiami. Natomiast utwór, do którego powstał teledysk, czyli „Wrong Direction”, to już bardziej delikatna i dobrze znana odsłona Finów. Myślę, że oba numery zostały bardzo dobrze dobrane jako reprezentanci „Queen of Time”. Cały album w wersji podstawowej składa się z dziesięciu kompozycji.

W nagrywaniu nowego wydawnictwa brał udział nowy – dawny basista Amorphis, Olli – Pekka Laine, muzyk, który tworzył przed laty pierwotny skład grupy. Co bardziej wyostrzone ucho tę zmianę usłyszy od razu. Płyta pod względem rytmicznym jest naprawdę wyjątkowa. Odnosi się wrażenie, że w porównaniu do poprzednika, tutaj bas i perkusja odgrywają bardzo ważną rolę. Udało się również zachować przy tym świetną przestrzeń. Generalnie brzmienie całego albumu zasługuje na duży plus. Płyty słucha się bardzo dobrze, mimo wielu layersów (żywe instrumenty, jak flet, czy saksofon, partie chóru, itd.). Mam wrażenie, że pod tym względem słucha się jej jeszcze lepiej niż „Under The Red Cloud”. Na pewno wielka w tym zasługa wspomnianego producenta, Jensa Bogrena.

Muzycznie „Queen Of Time” jest pewną kontynuacją „Under The Red Cloud”, ale przynosi również nowe rzeczy. Nie brakuje tu death metalowych, agresywnych elementów, progresywnego metalu, czy prostych przebojowych rockowych wstawek. Znajdziemy tu trochę elektronicznych, nowoczesnych elementów, jak choćby we wspomnianym „The Bee”. Generalnie wszystko, co charakterystyczne dla Amorphis. Usłyszymy tu także obecne zawsze w muzyce zespołu elementy folkowe. I to, co pojawiło się na poprzednim albumie, to Blisko-Wschodnie wstawki, choć tak naprawdę zagrane przez izraelskich muzyków. To, co jest nowością, to partie chóru. Ale bez obawy, Amorphis nie staje się tu absolutnie jakimś „symfonicznym” tworem. Są to bardzo wysmakowane momenty, pięknie podkreślające i wypełniające muzykę na nowej płycie. Jeśli o wokalach mowa… Chyba nie ma co pisać na temat Tomi’ego Joutsen’a i jego stylu śpiewania. Na nowej płycie prezentuje także całą paletę swoich niesamowitych umiejętności wokalnych, od brutalnego growlu, po delikatne i melodyjne śpiewanie, a wręcz „kołysanie” swoją ciepłą barwą. Zostając jeszcze na chwilę przy temacie wokali, to wspomnieć należy, że gościnnie na nowej płycie, w utworze „Amongst Stars”, pojawia się dobrze znana i lubiana Anneke van Giersbergen, która to nie pierwszy raz już współpracuje z Amorphis. Poza tym w kompozycji „Daughter Of Hate”, fragment po fińsku recytuje sam Pekka Kainulainen.

Dzięki tym wszystkim dodatkowym elementom i instrumentom, płyta jest bardziej organiczna i „naturalna”. Jest dynamiczna i zróżnicowana. To, można powiedzieć, taki najbardziej „optymalny” Amorphis. Wszystko, co wyróżniające muzykę tego zespołu, tu jest. Więcej tu na pewno progresywnych elementów, dzięki którym w tej muzyce naprawdę dużo się dzieje. Pełno tu wyjątkowych riffów, i na pewno pod tym względem nie odstaje ten materiał od swoich poprzedników. Jest szybko, ale i spokojnie. Już od pierwszego przesłuchania, moim faworytem okazał się numer, który promuje płytę teledyskiem, czyli „Wrong Direction”. Nie jest to może najbardziej skomplikowany i ciężki utwór, ale ma w sobie coś takiego, że od razu do mnie trafia (bo ja tę przebojową odsłonę Amorphis lubię chyba nawet bardziej). W podobnym tonie utrzymany jest również „The Golden Elk”, kolejny z tych, które bym wyróżniła. Na pewno wyjątkową kompozycją jest wspomniany tu kilkukrotnie „The Bee”, czyli bardzo charakterystyczny „amorphisowy” kawałek, któremu nie brak z jednej strony ciężaru i brutalności, a z drugiej pięknej chwytliwej melodii. Ciekawą kompozycją jest również „Heart Of The Giant”, szybki deathowy numer ze świetnym zakończeniem. Nie można pominąć także wspomnianej „Amongst Stars”, uroczej kompozycji, w której wraz z Tomi’m śpiewa Anneke van Giersbergen. To na pewno jeden z tych spokojniejszych momentów na płycie, choć i tu Tomi nie szczędzi nam swoich znakomitych growli. W tym miejscu należy również wskazać ulubiony numer Tomi’ego i Esy, czyli „Daughter of Hate” – kompozycja, w której muzycznie bardzo dużo się dzieje, to ten właśnie utwór z fragmentem wypowiedzianym przez autora tekstów Amorphis. Na pewno jest to jeden z tych najbardziej wyróżniających się utworów na płycie, w którym również Joutsen najwięcej kombinuje wokalnie.

Fani ostatnich dwóch albumów Amorphis z „Queen of Time” będą na pewno zadowoleni. Płyta jest na tyle zachowawcza, że nie zaskakuje niczym nowym, może poza wspomnianym chórem, którego rzeczywiście tutaj jeszcze nie było. Na pewno jest to ciekawy i „odświeżający” element nowego albumu. Płyta jest szybsza, bardziej dynamiczna i mniej „przeładowana” niż „Under The Red Cloud”. Więcej tutaj melodii, prostszych wstawek i po prostu pięknych momentów. W dalszym ciągu to dobrze znany Amorphis z niesamowitym Tomi’m Joutsen’em na wokalu. Płyta jest bardziej dopieszczona pod względem szczegółów. Te szczegóły właśnie, mam wrażenie, czasem decydują o jej ostatecznym kształcie. W żadnym momencie się nie nudzi, i jak powiedział sam Tomi w jednym z wywiadów, każde jej kolejne przesłuchanie sprawia, że odnajdujemy na niej coś nowego. I rzeczywiście tak jest. To skarbnica dźwięków. Ja pokochałam nowy album od pierwszego przesłuchania i po ponad miesiącu nic w tej kwestii się nie zmienia. A „Wrong Direction” na dobre wpisuje się na listę moich ulubionych kompozycji Amorphis…